o tym, jak idę
poniedziałek, 22 października 2012
Jak zasnuć życie

Czyli z pamiętnika  introwertyczki, która przysięgała że z Polski na stałe nigdy nie wyjedzie, a właśnie kolejny kraj i trzecie miejsce. A tymczasem kolejne miejsce i inny kraj. Na tyle trudno, że trzeba odkurzyć bloga.

Blox przeokropnie mnie drażni; nie oglądam za bardzo, ale pytanie "zapomniałeś hasło" razi - bo nie do mnie (a przypuszczam że ponad połowa to użytkowniczki) i nie w moim języku - bo po polsku byłby dopełniacz. Jak raz "przestrzegaj przepisy BHP". Ale nie znalazłam łatwego sposobu by wyeksportować treść?

Nie wyjedzie, bo - przyjaciele, rodzina. A nade wszystko język, który jak woda źródlana, nie da się tak kąpać, tak rozkoszować żadnym innym. Plus bagaż kulturowy.

Wyjechałam najpierw do kraju, którego językiem nie mówiłam. Ale w luksusowej sytuacji, bo praca po angielsku, bo w pierwszym wspaniałym instytucie była specjalna osoba do pomagania takim niemotom jak my i zawsze mogliśmy liczyć na pomoc kolegów tambylców. Na tyle dużą, że nauczyłam się jedynie podstaw niemieckiego. Starczyło do największego wyzwania czyli rozmów z nianią. Znajomi - głównie z pracy siłą rzeczy, ale instytut olbrzymi, ludzie zewsząd.

Potem Miasteczko, czyli szkoła przetrwania. Tam się nie da nie mówić po niemiecku na dłuższą metę, nawet administracja instytutowa mowi po angielsku za pomocą translatora. Nauczyłam się sama, dużo świadomie się ucząc, a jeszcze więcej rozmawiając z sąsiadkami i znajomymi. Bo zaczęłam mieć miejscowych znajomych. Mam stamtąd dwie przyjaciółki, z jedną rozmawiam tylko po niemiecku. Właściwie to mogę być z siebie dumna :).

A teraz frustracja. Najpierw szok kulturowy czyli tu wszystko jest inaczej (zwykle gorzej). Znów trzeba się odnajdywać, wydeptywać ścieżki, znajdować fryzjera/dentystę. Odkrywać jak działają rzeczy, jak funcjonują banki, co robi a czego nie opiekunka do dziecka itp. Gdzie kupić jadalne i miejscowe warzywa i owoce. A przede wszystkim znaleźć ludzi. Znajomych, przyjaciół.

To trudne. Bo pracuję ale w domu, bo zmęczenie i brak czasu, bo - wiele innych powodów. Bo nie jestem w tym dobra, powiedzmy szczerze. Bo introwertyczna natura, może lenistwo i niechęć do powierzchownych kontaktów.

 Jutro będzie lepiej.

Stąd kategoria muszę bo inaczej się uduszę. By odreagować.

Jestem typowym emigrantem. Nigdzie mi nie jest dobrze. Chciałabym osiąść w Nibylandii. Zasiedlanej przez miłych, uczciwych ludzi głównie z lewej dolnej ćwiartki krainie o gorących latach i mroźnych zimach, wysokiej stopie życiowej, z niemieckim podejściem do ochrony środowiska i zdrowia. I żeby jeszcze mieszkali tam wsyscy znajomi, żeby było niedaleko w góry i nad morze.

poniedziałek, 11 maja 2009
W wychowywaniu dzieci
..najtrudniejsze jest chyba, by się zmierzyć z własnymi upiorami. Dla mnie w każdym razie. Przeżyć świadomość, jak kruchą i zależną od innych się było istotą, jak zasługiwało się - tak jak każde dziecko zasługuje - na lepsze traktowanie. Przyjąć do wiadomości, że było się bezradnym i że nikt tego nie wróci, nie naprawi, bo to przeszłość.
Wymyśliłam, że najtrudniejsze, najobfitsze w burzliwe emocje będą te etapy, które dla mnie samej były trudne. Czyli prawie wszystko.
Oglądałam zeskanowane zdjęcia z mojego dzieciństwa, młodości. Jak to boli, kiedy widzę nieszczęśliwą, nieszczęśliwą dziewczynę na zdjęciach. Uważającą, że na nic nie zasługuje. Szukającą wokół potwierdzenia, że jest choć trochę warta. Wypierającą się swojej kobiecości.
Moje rodzeństwo miało szczęście, myślę. Dostało mniej uwagi, mniej poświęcenia mojej mamy. Mniej zazdrości z jej strony. Więcej akceptacji.
Myślę, że teraz to ja jestem zdrowsza. Dzięki terapii i ciężkiej pracy. Ale blizn mam więcej.
środa, 06 grudnia 2006
Kij im w dziób
Ogólnie to fajnie to było w przedszkolu. Jeśli było fajnie, bo nie wszystkim było fajnie. Mi nie było. No dobrze, potem było chwilę fajnie.

A bycie dorosłym to stwarzanie sobie świata samemu, to skok z poszufladkowanego, w miarę sprawiedliwego świata dziecinnej sali zabaw prosto w odmęty ryczacego oceanu. W którym stałości, sprawiedliwości szukać gorzej niż pięciogroszówki na dnie Rowu Mariańskiego.

Wsparcie trzeba czerpać z siebie. Wierzyć w siebie. A jak ktoś ma wadliwy system i szuka we wszystkim swojego błędu, no to trudno - jego strata. Moja strata.

No cóż. Myślę, że to nie moja wina tym razem. Że choć mnie boli, to jednak nie moja wina. A nawet jeśli  z jakichś tajemniczych powodów by to była moja wina, to proszę powiedzieć co nie tak - można porozmawiać.

Idę popłakać w kąciku w temacie, że to jednak nie moja wina. I że sam sobie ktoś taki świat buduje, jak chce.
poniedziałek, 13 listopada 2006
Zmiana tematu
Ostatnio bardzo ideologicznie tu "się zrobiło". Tymczasem -  może dopomogła jesienna pogoda, może wariujące cukry - tymczasem od zaraz potrzebna mi pierwotna funckja tego bloga. Czyli pomoc w codziennym przeżyciu z paniami D.

Siedzę w domu z okropnym przeziębieniem, które moim zdaniem rzuca mi się właśnie na oskrzela, czego nie zauważył dr Potwór. Obydwoje z K. sądzimy, że dr Potwór jest hochsztaplerem i nie jest lekarzem. Dziwimy się tym innym pacjentom w poczekalni, a jednak, do tej pory nie zmienilismy lekarza. Dr Potwór ma jedną zaletę - mówi po angielsku, co się nie zdarzyło żadnemu innemu lekarzowi pierwszego kontaktu, z którym się zetknęliśmy.
W kazdym razie dr Potwór nie docenił mojej choroby - a ja się nie czułam tak źle już dawno.

Siedzenie w domu niesie za sobą - prócz wyrzutów sumenia, że praca w lesie, że K. został obarczony kolejnymi obowiązkami - rozdrapy pt. co zrobić z opiekunką Uli. Ula ma teraz nienajlepszy czas, nie wiem czemu - czy to zęby, czy raczej jest już na tyle duża, że zaczęła więcej rozumieć i więcej sie bać. Pani P. natomiast jest starej szkoły i uważa, że Ulę rozpuszczamy.
Więc czy coś z tym robić - do tej pory te 5 godzin z panią P. Ula spędzała w połowie śpiąc, zwykle miała zresztą dobry humor - i wychodzilismy z założenia, że jej to nie krzywdzi.


A ja cóż. Chcę się raczej skupić na poradzeniu się z przyczajoną  panią D i aktywną panią D. O czym za chwilę.
wtorek, 19 września 2006
Poranek
Lekko zamglony, dosc pochmurny, cieply. W kasztanowej alei, ktora jade rowerem do pracy, pelno swiezutkich, blyszczacych kasztanow. Zdazylam akurat na zielone swiatlo na skrzyzowaniu, a w pracy okazalo sie, ze naprawili wreszcie ekspres do kawy. Mamy taki duzy, barowy cisnieniowy ekspres od kawy - najwazniejsze urzadzenie w departamencie, co latwo odczytac z jego pierwszej pozycji na Equipment Responsability List.
Zatem sie kawuje i zaczynam prace.
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5