o tym, jak idę
niedziela, 31 stycznia 2010
Życie bez wzorców

Z serii: zastanawianie się, jak by to było, gdybyśmy mieszkali w Polsce. Jak byśmy żyli, co byłoby inaczej.

Jesteśmy wyalienowani - byliśmy w Wymarzonym mieście, jesteśmy tutaj. Prawdopodobnie, jeśłi rzeczywiście zdecydujemy się jechać gdzieś dalej - podobnie będziemy wyalienowani i tam. O tyle mniej podobnie, że jednak w innym języku i innej kulturze, bez konieczności przełamywania  nabytych w dzieciństwie uprzedzeń.

Nie utożsamiamy się, nie kierujemy się tym, jak postępują ludzie wokół - od mycia samochodu po wychowywanie Uli.

Z jednej strony - taka alienacja niezwykle ułatwia życie po swojemu. Zmusza do ciągłego zastanawiania się, jak chcę to czy tamto zrobić jak urządzać i snuć to swoje życie. Czego JA chcę, czego oczekuję, ile jestem skłonna zapłacić (czasu/pieniędzy/wysiłku), co się dla mnie liczy. Przeciwieństwo konformizmu.

Z drugiej strony - wzorce zdejmują z człowieka tak duży ciężar mnóstwa drobnych decyzji. Jeśli się robi tak i tak, to nie muszę odkrywać Amerykio w konserwach, mogę zadziałać automatycznie. Nie da się decydować o wszystkim. Juz kilka lat mieszkamy w DE, a tak bardzo po omacku tyle rzeczy.

Czasem tego brakuje, by jak ślimak w muszlę schować się w wyuczone w dzieciństwie wzorce postępowania. A nie tak bez przerwy być sobą. Jak wiele się uczymy społecznie dorastając.

niedziela, 17 maja 2009
Z cyklu fauna i flora
Dziś nic nadzwyczajnego, ale bardzo, bardzo miłe: spłoszyłam sarnę biegając w naszym lasku. 
sobota, 16 maja 2009
O rety
No dobra. To będzie trudno przebić. Przd chwilą widzieliśmy przez okno w dużym pokoju bielika. Orła bielika. Odganiały go mewy śmieszki. Wyglądał jak w atlasie, zresztą bielika trudno pomylić z innym ptakiem (w porównaniu z wieloma innymi drapieżnikami - nigdy nie byłam w tym dobra).
Miałam nadzieję, że to się zdarzy, bo niedaleko gniazduje para bielików - w pobliskiej miejscowości jeden pan rozkłada namiot, foldery o bielikach i za niewygórowaną opłatę można przez lunetę obserwować ptaki.

sobota, 18 kwietnia 2009
Nowa codzienność
Ula chodzi do przedszkola. Na popołudniową grupę, bo w rannej nie było miejsca. Spędza tam 4,5 godziny, a odbierając ją za pięć piąta czuję się jak wyrodna matka - prawie nikogo już nie ma. Przedszkole inne od lipskiego, choć po prawdzie to trudno porównywać - w końcu tam Ula wciąż była jeszcze w grupie "żłobkowej". Tu wszystkie grupy są mieszane wiekowo. Ula wiele się uczy od starszych/innych dzieci. Ech, nadeszły czasy, że grupa rówieśnicza więcej znaczy niż mama - zdarzyło mi się pomyśleć, gdy Ula, która uciekała przede mną po całym przedszkolnym ogródku (tak, trudno ją wyciągnąc z przedszkola), na zdanie wygłoszone przez 5-letnią Vike "Ula, jak mama woła to trzeba iść do niej" natychmiast przybiegła i chwyciła mnie za rękę.
Teraz właściwie cały czas spędzają na dworze.
Bardzo mi się podoba  sposób, w jaki przedszkole zarabia na dodatkowe wydatki. Przedszkola nie są zbyt dobrze dofinansowane i mam wrażenie że wyglądają gorzej niż znajome współczesne pzedszkola z Polski. Może to znaczy, że dzieciom więcej wolno;). W każdym razie - dwa razy do roku rodzice organizują pchli targ. Ale nie zwyczajny, a na zasadzie domu handlowego. Dostarczone przez sprzedających podpisane ubrania, zabawki, buty itd. sortuje się według rozmiaru/wieku/rodzaju zabawki itp. Kupujący mogą łatwo znaleźć odpowiednie ubranka, pełen wybór. Przy drzwiach jest kasa - dyżurni rodzice zbierają "metki" z ubrań i opłaty. Z tego 10% idzie dla przedszkola. Marża dużo niższa niż w jakimkolwiek komisie, nie trzeba też stać przy rzeczach. Potem zostaje gigantyczne zadanie posortowania niesprzedanych rzeczy między właścicieli - teraz było to ponad 200 osób, niektóre miały po 4 kartony!
Słowem, mnóstwo roboty. Całą następną noc śniło mi się sortowanie ubrań. Ale dzięki temu przedszkole zarobiło 790 euro - dzieciaki pojadą na wycieczkę. A ja kupiłam więcej niż na wszystkich poprzednich pchlich targach razem wziętych. 

Przedszkole jest ewangelickie, ale nie oznacza to żadnej indoktrynacji ani zajęć z religii. Podobnie jak poprzednie, Niemieckiego Czerwonego Krzyża, nie oznaczało zajęć z pierwszej pomocy ;).

wtorek, 13 marca 2007
Róbmy swoje czy "to nie ślina, to deszcz pada".
Odwiedzili nas dawno nie widziani znajomi. Bardzo ciekawi ludzie, robią mnóstwo fascynujacych rzezy, prowadzą bardzo interesujące życie w ciekawym miejscu.

Rozmawialiśmy o kupowaniu ziemi, o budowaniu Domu. Od lat chodzi to za mną i za K., tłumimy to uczucie, bo jak to, jesli nie wiemy co i jak; rodziców mamy w większości z tych, co to "w błocie się grzebać nie będą", więc zawsze na ten nasz pomysł sie krzywią, próbują odstraszyć, że sie nam znudzi, że uwiązanie itd. Lata płyną, a we mnie pożądanie własnego kawałka łąki, własnego drzewa i ławeczki pod nim, wlasnego podwórka do odsnieżania tylko rośnie.

Uważam, że zwykle jesli się człowiek na coś prawdziwie decyduje, to mu to się uda - o ile jest to jego priorytet. Wierzę, że - pewnie nie w naszym zawodzie - ale byśmy sobie spokojnie dali radę, gdybyśmy zdecydowali wrócić do Polski i ten Dom mieć, nawet żyjąc w głuszy.

Tyle, że znajomi oprócz fascynujących historii o swoim życiu, swoich zainteresowaniach i pracy, przywieźli też inne opowieści.
Za miejsce, w którym żyją, za ciężką pracę, którą wykonują, płacą dość wysoką cenę. Muszą znosić wrednych, chamskich, prostackich ludzi. Traktowanie, jakby byli niewolnikami, a nie ludźmi. Nie tylko przez bezposrednich przełożonych, ale i współpracowników. Torpedowanie ich samodzielnych pracowych przedsięwzięć, rzeczy które robią dla dobra ogółu i za darmo. Itd. Widzą, co się dzieje z tymi, którzy próbują się przeciwstawić systemowi - są niszczeni. Niby jedną z cech tego środowiska jest totalne skłócenie wszystkich ze wszystkimi, ale kiedy znajdzie się ktoś, kto zanadto wystaje - jednoczą się, żeby go unicestwić.

Oni się zdecydowali. Znoszą to, starając sie jak najmniej przjemować i robić swoje. Bardzo ich podziwiam.
Bo ja czuję całkowity wewnętrzny sprzeciw!
Nie umiałabym; a raczej, raczej nie godzę, nie chcę się godzić na płacenie takiej ceny. Z jednej strony - to pięknie umiec robić swoje - z drugiej strony - jesli wszyscy się godzą na takie życie, to lepiej nigdy nie będzie. Różni ludzie mają róznie ustawione poprzeczki. Może też, akurat ci znajomi dośc mocno zostali dotknięci przez zycie w młodości - może dla nich łatwiejsza jest ta mocno dojrzała perspektywa, w której są w stanie ignorować, to co dla mnie jest pluciem w moją twarz.
Jestem idealistką? Nie do końca. Wydaje mi się, że nie żądam niemożliwego. Bo byłam gdzie indziej i widziałam, że MOŻE BYĆ INACZEJ.

I to jest jeden z dwóch głównych powodów, żeby nie wracać do Polski. Bo to nie jest jedyne miejsce, które tak funkcjonuje; identycznie postępujących ludzi, hipokryzję do sześcianu, bezdusznośc, zawiść itd. można znaleźć niestety nie tylko na tym jednym wydziale tego jednego uniwersytetu.

Drugi mozna podsumować krótko, za dzisiejszym Dużym Formatem: religia w przedszkolu.
 
1 , 2 , 3