o tym, jak idę
środa, 07 listopada 2012
Kraj absurdów - prrrąd

Brytyjczycy bardzo, bardzo boją się prądu. Nie tak jak Amerykanie, którzy mają o połowę niższe napięcie, ale jednak. W łazienkach brak kontaktów, a światło zapala się na sznurek. Można by przenieść włącznik światla na zewnątrz łazienki (standard w PL czy DE), ale być może wtedy Anglicy padaliby ofiarą psikusów kolegi, co to chodzi i wyłącza światło. Nie wiem. Również na sznurek włącza się prąd prysznicowi.

Zastanawiam się jak się mają do siebie statystyki wypadków związancyh z prądem w UK i innych krajach europejskich. Zwłaszcza biorąc pod uwagę, że nasza lazienka - podobnie jak wiele innych - nie ma własnego ogrzewania. Poprzedni lokatorzy dogrzewali się piecykiem elektrycznym. Jeszcze szczoteczka do zębów z irygatorem, ładowarka do maszynki do golenia..Widzicie te wiązki kabli na łazienkowej podłodze?  I moją córkę polewającą je wodą z wanny.

Taki paradoksalny stosunek do prądu - bo przewody prowadzone bezpośrednio na zewnątrz to typowy tu widok. W centrum są domy udekorowane festonami przewodów, przypuszczam, że jeśli coś nie działa to najprościej dołożyć po prostu kolejny kabel. 

Prąd jest na tyle niebezpieczny, że wiele części elektrycznych można nabyć jedynie będąc dyplomowanym elektrykiem za okazaniem stosownego papieru. Może to kwestia sporządzania zapalników do ładunków wybuchowych, nie wiem.

I ostatnia niespodzianka: żarówki. O tym, że wtyczki są inne, wiedziałam wcześniej. Ale również żarówki mają inny system mocowania! Co więcej, jest kilka równoleglych systemów, w tym "kontynentalny". Kupno właściwej żarówki to zadanie dla wytrawnego łowcy.

Poza tym nasz dom ( jak i wiele domów okolicy) jest bezpośrednio pod siecią przesyłową, słup stoi kilkadziesiąt metrów od budynku. Jakie szczęście że nie wierzymy w złowrogie oddziaływanie pola elektromagnetycznego.

czwartek, 25 października 2012
Jedzenie

Angielskie jedzenie jest słynne. Mam napisane przez Polaków przed wojną i w jej czasie ksiązki o życiu w Anglii i wiele z tego co ich uwierało, jest niepokojąco podobne do naszych frustracji.

Pojawia się tam stwierdzenie, że angielksa kuchnia to sztuka takiego przyrządzania najprzedniejszych produktów, zeby się jak najmniej nadawały do jedzenia. Angielska kuchnia jak mniemam zmieniła się na plus, dzięki inwazji dań nieangielskiego pochodzenia. Jak wiadomo, curry to angielska potrawa narodowa. Moja ulubiona. I tego się trzymam, bo standardowe przepisy (jeśli są podobne do tych z mojej angielskiej książki kucharskiej) wymagają użycia zabójczej ilości cukru i tłuszczu.

Będzie o jedzeniu sklepowym.

Nabiał. Fantastyczny. Smaczne mleko, pyszne jogurty i dobra śmietana. Do wyboru kwaśna i nie, creme fraiche, do ubijania i double, czyli coś, co moim zdaniem powinno zostać prawnie zakazane dla dobra społeczeństwa. Zawiera  57% tłuszczu. Robiłyśmy z niej śmietanę  - kilka ruchow słoikiem i gotowe.

Ale. Brak białego sera. W Niemczech jest tz. frische Käse, z którego da się zrobić sernik, wkład do pierogow ruskich czy naleśnikow. Tu bywa "fromage frais", ale to jednak nie ta konsystencja no i nie w każdym sklepie, co gorsza głównie w nietolerowanej przeze mnie wersji 0 tłuszczu.

Tfu, skłamałam wierutnie. Bo w Asdzie, w której czasem robimy zakupy jest twaróg łowicki. I kefir, którego miejscowi nie produkują. W efekcie robimy tam zakupy częściej niż bym chciała.

Sery - uwielbiam angielskie sery.

Jajka- są tylko od wolnowybiegowych kur (zastanawia mnie to mocno), ogromny plus.

Mięso - w supermarkecie jest między innymi też od szczęśliwszych zwierząt, plus. Również jagnięcina - za mną pierwsze udane eksperymenty.

Chleb. Na sam widok podnosi mi się cukier. K. twierdzi, że jedyną pozytywną cechą angielskiego chleba jest to, że zaczełam sama piec. Wczoraj jego koleżanka z pracy dostała bochenek, przezornie zrobiony pół na pół z pełnej i białej mąki. Pyszny, ale okropnie ciężki stwierdziła. Fascynuje mnie 100 odmian chleba, różniącego się jedynie kolorem i grubością kawałków, na które go pokrojono.  Choć być może jeśli będę się musiała przestawić na miejscowego dentystę to jeszcze wrócę z podkulonym ogonem po tę watę.

Mąka. W supermarketach jest mąka do wypieku chleba (z podwyższoną zawartością glutenu), również z pełnego przemiału. Nie znalazłam mąki z pełnego przemiału z normalną ilośicą glutenu - do delikatnego kruchego ciasta. Nie rozumiem idei self-raising flour, chyba chodzi o to, żebym miała mneij miejsca w kuchni (bo nie do wszystkiego self-raising się nadaje przecież). Ogólnie plus.

Ryż - bardzo duży wybór.

Wreszcie to, co najbardziej boli. Warzywa i owoce. Aaaa gdzie gdzie kupić pomidory. Pierwsze zakupy po powrocie z niemiecko-polskich wakacji w sierpniu złamały mi serce - tu nie ma pomidorów. Są tylko wyroby pomidoropodobne, takie same przez cały rok od stycznia do grudnia. Nwet na lokalnym targu. Jabłka (teraz!!!) z Nowej Zelandii i Afryki Południowej. Spędzam na zakupach o wiele więcej czasu, niż bym chciała bo sprawdzam te cholerne torebki, co jest skąd. Bo niemal wszystko paczkowane.

Raz w miesiącu(!) jest tzw. farmer's market, bylam w zeszłym tygodniu - totalne rozczarowanie bo jeden pan z jabłkami (kupiłam dużo, ale już zjedliśmy, bo pyszne) i jeden z kilkoma rodzajami warzyw. Muszę znaleźć jakieś gospodarstwo ze sklepem chyba po prostu.

Inaczej

Ciepła szafka. Schowek na bojler. Jest w nim  ciepło, pod 30C. Z jednej strony dobrze, bo łatwiej wysuszyć rzeczy. Z drugiej strony - ile to energii się marnuje. Z trzeciej strony - jakbyśmy mieli elektryczną suszarkę do prania, byłoby leszcze bardziej energożernie? Ale nie mielibyśmy.

Mikropokoiki. Efekt zadziwiającej praktyki używania liczby sypialń jako parametru wielkości domu. Nawet w Stanach wynajmowałam mieszkanie w stopach kwadratowych.

W ogóle mikro. Dom mniejszy od naszego poprzedniego mieszkania. Dziecinny pokój był większy od aktualnego salonu. Nie wspominając o piwnicy. Ale jakoś się mieścimy, a dzięki dwóm poziomom mamy też nieco intymności wieczorem.

Schowek dla Harrego Pottera. W naszym domu świetny wynalazek.

Garaż. Na razie nie widziałam, żeby ktoś parkował samochód w garażu. Zawsze stoją na podjeździe. Domy nie mają piwnic, a graciarni każdy potrzebuje.

Ogrodzone przydomowe ogródki. Nie ma tego poczucia przestrzeni, którą daje perspektywa ogrodów sąsiadów. Jest intymność. Ale i zacienienie większej części mikroskopijnej działki.

Okna otwierające się na zewnątrz (również na piętrze). Miało być w absurdach - bo jak tu je umyć. Nio i wypaść łatwiej, bo łatwiej otworzyć. Ale. Ile osób żyje z mycia tych okien! Trochę jak w Indiach, znajomy opowiadał, że na piętrze w akademiku byl specjalny pan, który zajmowal się tylko prasowaniem koszul osób z tego piętra.

W ogłoszeniach o domach "double glazing" pojawia się, jakby to była niewiadomo jak nowinka techniczna. Z jednej strony - razi, z drugiej strony - jak już mają, to niech się cieszą.

niedziela, 21 października 2012
Kraj absurdów - hydraulika

Stwierdzenie, że UK to kraj absurdów, idiosynkrazji i dziwaków jest mniej więcej tak samo odkrywcze, jak to, że olej rzepakowy nie zawiera cholesterolu. No ale muszę, muszę, bo inaczej się uduszę. Po prostu tu jest INACZEJ.

Krany. Mój dzień zaczyna się od rozważania jakże ważkiej kwestii, czy chcę sobie twarz odmrozić czy oparzyć. Bo w łazience mamy dwa osobne krany. Zainstalowane dość nisko, z pozostawieniem niedużego prześwitu między wylewką a umywalką-  wodę się bardzo niewygodnie nabiera. Przyczyny są historyczne, tzn. kiedyś chodziło o to, by woda zimna, zdatna do picia, nie zanieczyściła się wodą podgrzaną, potencjalnie niebezpieczną. Podobno był to do niedawna formalny wymóg budowlany. Lokalni patrioci (o dziwo głównie nie-Anglicy) na pytanie "jak żyć" odpowiadają: no po coś są przecież korki w umywalkach.

Abstrahując od uciążliwości i sensu nalewania do umywalki wody, jeśli się potrzebuje jej odrobinę zaledwie - co z toaletami publicznymi? Na przykład w londyńskim ZOO. Nówki sztuki, a krany dwa. I korków brak.

Bardzo mnie korci by sprawdzić jak wyglądają statystyki chorób przenoszonych "naręcznie" w UK w porównaniu z krajami jednokranowymi. Bo umyć ręce to jednak dużo więcej wysiłku i czasu (lub: większa trauma przy użyciu wrzątku/lodowatej wody). Plus, w toaletach "publicznych" (np. w przychodni)  jednak jest to mniej higieniczne.

Prysznice. Prysznic nie jest podłączony do głównego obiegu wody. Bo ciśnienie jest za niskie (grawitacyjne). Zatem nad wanną mamy osobne urządzenie pompująco-grzewcze, na prąd. Suma ciśnienia i temperatury jest stala, węc można wziąć intensywne bicze z zimnej wody albo opłukać się pod ciurkającym wrzątkiem. Choć od kiedy mamy nówkę sztukę (poprzedni padł) z ciśnieniem nie jest tak źle.  Taki prysznic ma zaletę - można go brac niezależnie od tego, czy ktoś spuszcza wodę/zmywa (mankamenty naszego poprzedniego mieszkania). Ale. Jeśli wyłączyć go na moment i włączyć, najpierw leje się na użytkownika wrzątek, potem dość długo zimna woda, aż wróci do przedwyłączeniowej temperatury. Nie sposób brać "oszczędny" prysznic (zmoczyć, namydlić się, spłukać).

Rury i odpływy. Mają bardzo małą średnicę. W wielu sąsiedzkich domach odpływ ze zlewozmywaka wychodzi na zewnątrz budynku - widać rurkę i jej połączenie z nieco grubszą rurą zewnętrzną. Ogólnie odkrywam angielskie inspiracje Centre Pompidou. Bo kable też po wierzchu, rurka od wentylacji sąsiadów dmucha na  nasz podjazd do garażu itd.

Odpływy się zatykają bardzo łatwo - nie wiem, czy to kwestia kiepskiego ciśnienia wody, małej śrenicy rur, ich ułożenia czy jeszcze czegoś. Po wprowadzeniu się zarządaliśmy udrożnienia rur na koszt właściciela, bo brudna woda z pralki wypełniała zlew w kuchni, tak powoli odpływało, zmywanie (w misce) trwaaaało godzinę - zanim woda odpłynęłą na tyle, by miskę można było znów wstawić do zlewu, ilość naczyń do umycia się podwajała. To też byla niezła historia. Przyszedł pan Himen (naprawdę, tak wyglądał) ze śmiesznym urządzeniem, pohałasował w kuchni i mówi że OK. Sprawdziłąm zlew - rzeczywiście, spływa o niebo lepiej. Niestety, nie sprawdziłam odpływu z pralki. Kiedy następnego dnia puszczałam pranie, ze zlewu wylało się górą. Prawdopodobnie podczas przetykania zatykająca materia najpierw weszła do rury odprowadzającej wodę z pralki. Kiedy wysokie ciśnienie wody z pralki wypchnęło to do głównej rury, gruntownie ją zatykając, woda wypełniła zlew.

Szybki telefon do agencji, naszej pośredniczki nie było, za zgodą zastępcy telefon do hydraulika, który przyszedł i poprawił. Po czym zażądał 100 funtów za ponowne przyjście, bo "to bylo nowe zatkanie, płatkami śniadaniowymi typu muesli". Których pudełko owszem stało w kuchni, ale których to płatków nie jedliśmy od odtykania pralki. Zresztą ja zmywam w misce, mam sitka na odpływach i naprawdę się staram nie zatykać odpływów. Ale to temat na inny post pt. jak tu wszystko działa.

Update: zapomniałam dodać, że wąż od rzeczonego prysznica ma około metra. W każdym razie nie da się go użyć do spłukania wanny.