o tym, jak idę
wtorek, 18 lutego 2014
Ja

Ten wpis bierze udział w Fince z kominka

Kaczka, mistrzyni pozornie przypadkowych zbiegów okoliczności, gier słownych i zaplanowanych qui pro quo, zadała temat "Ja". Z pewnością nie będę pisać o sobie - w końcu cały blog jest o mnie - stanowczo się sprzeciwiam zbywaniu tematu jedną, nawet wybitną, notką.

W związku z tym postanowiłam napisać o Kaczce - w końcu to ona powiedziała "JA". Zastanawiając się, czy lepszy byłby panegiryk (doskonałe pióro, świeże spojrzenie,  okraszone wybornymi anegdotami z życia wielojęzycznej międzygatunkowej rodziny, jako bonus akcje społeczne- no i Kaczka in vivo absolutnie nie ustępuje kaczce in silico/in vitro), czy pamflet (ekshibicjonistyczne wynurzenia matki, która wolała Niemca, nikt jej nie dogodzi - u Anglika było źle, u Krzyżaków też narzeka, zmusza rzesze internautów i internautek  do pisania na swój temat), stwierdziłam jednak, że nie tędy droga.

Droga wiedzie przez las. Bo piszę w pociągu, w drodze do pracy, a ów właśnie stoi w lesie.

 Neurobiolodzy (na przykład Bruce Hood )  uważają, że "ja" to iluzja. Wytwarzana na bieżąco, zależna od kontekstu. Jakiż bardziej stały dla mnie punkt odniesienia, niż ja sama, - cóż bardziej mylnego, niż to przekonanie.

"Ja" podlega ciągłej rekonstrukcji. "Ja" jest kruche. Podatne na okoliczności biologii, o czym świadczy zmiana zachowania słynnego Phineasa Gage'a po urazie prętem,  babci kolegi po udarze czy to, co sądzę o sobie sobie podczas epizodu depresji.

 "Ja" jest nieracjonalne i skrzywione (w dalszym ciągu jestem dla siebie "dziewczyną co chodzi po dzikich górach", mimo że ostatnie prawdziwe góry były dziesięć lat temu) - prawdopodobnie bez tego pogrążylibyśmy się w tzw. otchłani rozpaczy. 

Kiedy człowiek się zmienia, stosunkowo łatwo wychwycić zmiany fizyczne. Trudno uznać, że kuchenka spuchła, kiedy nie można już przejść koło niej bokiem w czasie ciąży (choć pamiętam, że codziennie rano starałam się tam jednak wcisnąć).  Trudniej wyłapać zmiany w iluzji, którą się samemu tka i która nie ma obiektywnej miary. 

 Świadomość iluzji "ja" daje prostą odpowiedź na cisnące się czasem na usta pytanie - jak ten człowiek jest w stanie wytrzymać ze sobą? - ten człowiek tka po prostu iluzję z innych nici, niż ja widzę. I każe też być ostrożnym wobec samej siebie: prawdopodobnie wbrew temu, co sądzę, nie jestem spójną, zbieżną całością. Nie tylko, że tyle o sobie wiem, ile mnie sprawdzono - ale nie wiadomo też, jak długo to, co wiem, będzie prawdą.

Pociąg ruszył. Las się skończył. Ja jadę dalej.

10:49, panpaniscus
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 17 lutego 2014
Przeklęta spontaniczność

To miał być weekend wypoczynkowy. W sobotę mieliśmy dochodzić do siebie po pracowitym tygodniu a w niedzielę pojechać na dawno odkładaną wycieczkę.

Tymczasem w sobotę zupełnie niewinnie i spontanicznie przestawiliśmy parę mebli na włościach młodych. Otworzyło to nowe możliwości uwalniania przestrzeni życiowej i kompresji ruchomości.

W efekcie w niedzielę zupełnie spontanicznie pojechaliśmy do sklepu na I by jak najszybciej zrealizować światłe plany.

Kto nie był w Ikei przy niedzieli - ten nie wie co to przedsionek piekła. Przechowalnia nie przyjęła dzieci - podobno mieli już za dużo. Na moje oko nie było ich za dużo, raczej obsługi za mało (pewnie obcinają na kosztach bezpłatnej usługi - inaczej w tym kraju, gdzie za godzinę przedszkola płaci się więcej niż za obiad, podejrzewam że część rodziców zamieszkałaby w sklepie). Dzieci zniosły zakupy nadzwyczaj dobrze, wizja lodów za kasami ciągnęła je do przodu - ale oczywiście spędziliśmy w środku o wiele więcej czasu, niż chcieliśmy.

Tak więc przeklinam naszą spontaniczność i brak sztywnego trzymania się planów - zamiast łapać rzadkie promienie słońca (wczoraj było!) spędziliśmy weekend na porządkach i zakupach. 

12:09, panpaniscus
Link Komentarze (1) »
wtorek, 11 lutego 2014
Emperor of all maladies (czyli "Cesarz wszech chorób")

Nie wiem, jakie doświadczenie mają inni biolodzy, ale mnie dość często pytali nie-biolodzy o rozmaite rzeczy związane z bardzo szeroko pojętą biologią - od "to jak długo mam brać ten antybiotyk i dlaczegi nie mogę zmniejszyć dawki" do "jak się nazywa taki ptaszek, co się odzywa jakby dwie kuleczki o siebie stukały"*. Pytanie najczęściej padające w USA - "to kiedy wy wreszcie wyleczycie te nowotory".


Mam zwykle ambiwalentne odczucia co do książek popularnonaukowych. Tak łatwo popaść w paternalizm i niedocenianie czytelnika, tak łatwo zgubić go w labiryncie metafor tłumaczących zawiłe zagadnienia, tak łatwo w uproszczeniu zgubić prawdę. Dobrze napisana książka rodzi moją ogromną zazdrość (że nie ja ją napisałam) i zachwyt. Mistrz nad mistrze to Richard Dawkins - który w swoich książkach o ewolucji daje opis zrozumiały i cieakwy dla laika, a który zawodowiec nazwie uproszczeniem, ale nie wulgaryzacją.

Właśnie czytam taką świetną książkę. Tym bardziej wartą polecenia, że przedstawia nie tylko naukową stronę problemu. To "Cesarz wszech chorób" Siddartha Mukherje (właściwie czytam "Emperor of all maladies" - o tyle istotne, że nie mam pojęcia o jakości tłumaczenia; kręcą też film).  Początek nie był obiecujący - zbyt powolne dla mnie tempo, historię medycyny dużo bardziej lubię w wydaniu a la "Stulecie chirurgów". Ale z każdym rozdziałem wsiąkałam bardziej i coraz większy był mój podziw dla autora.

To spójna historia, łącząca opowieść  o medycynie klinicznej z biologią komórkową i molekularną, historie pacjentów i inicjatyw społecznych wspierających badanie nowotworów.Ja też się dowiedziałam dużo nowego z tej książki i wiele rzeczy mi rozjaśniła. Lepiej rozumiem dlaczego wciąż są kontrowersje wokół mammografii.  Kontrowersje: choć jasno pokazano, że u kobiet poniżej 55 roku życia jako badanie przesiewowe jest nieskuteczna i kosztowna pod wieloma względami sensie, nadal niektóre środowiska ją bardzo promują. Teraz lepiej rozumiem, czemu (nie zdradzę, a chodzi nie tylko o pieniądze).

Autor zahacza też o konflikt między nauką widzianą jedynie jako środek do innowacji i sposób rozwiązywania bieżących problemów a nauką podstawową - bez której ta pierwsza nie jest na dłuższą metę możliwa. Daje posmak tego, jak bardzo rozwój medycyny uzależniony jest od ego lekarzy oraz ich oporności na statystykę. Przytacza przeszłe i teraźniejsze działania koncernów tytoniowych - użyty przez niego wiele razy cytat że nowotwór, który nas niszczy, to odbicie nas samych - pasuje też do tych firm, zbijających kapitał na ludzkim uzależnieniu i cynicznie przyczyniających się do śmierci milionów osób rocznie.

Czyta się dobrze, objętość duża, ale kiedy skończyłam chciałam jeszcze. Jednym słowem: polecam.

=====
*trznadel

Tagi: książki
10:13, panpaniscus
Link Komentarze (4) »
sobota, 08 lutego 2014
Dlaczego tu tak drogo

Za bilet z Londynu do Warszawy (1451 km) zapłaciłam 47 funtów. Za bilet z domu na lotnisko (85 km) 43 funty.

Coś tu jest bardzo nie w porządku. Staram się zrozumieć co - czytam "Undercover Economist" (po polsku "Sekrety ekonomii, czyli ile naprawdę kosztuje twoja kawa?", ale drugie wydanie) Tima Harforda. Na razie mi się podoba - potwierdziło moją wewnętrzną intuicję, że nie warto kupować kawy z dodatkami czy w większym rozmiarze oraz wyjaśniło obserwację, że Waitrose nie jest tak naprawdę droższy od Sainsbury's - o ile się kupuje podobne podstawowe artykuły.

Z pewnością uproszczenia są po stronie wulgaryzacji, ale to zahacza o moje pojęcie o ekonomii w ogólności. Jako "wstęp do", nie traktowany jako biblia, a raczej bodziec do rozmyślań -  jest w porządku.

23:11, panpaniscus
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 04 lutego 2014
Pochwała nicnierobienia

Zasłaniam się niemowlęciem w swym nicnierobieniu - napisała mi A. Jej niemowlę niedawno utraciło status noworodka.

Psycholodzy przestrzegają, że dzieci, którym się organizuje czas - szkoła, zajęcia dodatkowe po pępek, zawsze pod czyimś przewodem, na własne pomysły czas gdy śpią albo w samochodzie podczas przewożenia z jednych zajęć dodatkowych na drugie, ale może i to nie, bo trzeba powtórzyć słówka czy tabliczkę mnożenia - nie mają czasu ani siły, by odkryć, co naprawdę lubią i czego naprawdę chcą. Nie mają możliwości się ponudzić, a odrobina nudy jest korzystna i pomaga lepiej się samookreślić, pobudza też kreatywność.

Myślę, że dotyczy to też dorosłych - niezmiernie trudno wsłuchać się w siebie w codziennym pościgu za własnym zakręconym ogonkiem (jak dożyć do piątku i zdążyć do poniedziałku). Zwolnienie tempa tego pogłebionego spojrzenia nie gwarantuje. Ale stwarza krzystne warunki.

Zajęło mi długo, by się nauczyć, że można nicnierobić - niecnierobienie bardzo daleko odbiega od etyki krzątania się do upadłego, którą wyniosłam z domu.

 Abstrahując od fizycznej niemożliwości nicnierobienia gdy się jest (wystarczająco dobrą matką (wystarczająco wymagającego) niemowlęcia - bo rozumiem, że chodzi o to intelektualne nicnierobienie, o nieplanowanie i nieszukanie, to ja wołam: droga A., proszę skorzystaj z pretekstu i nicnierób, jak długo możesz.

10:11, panpaniscus
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 85