o tym, jak idę
poniedziałek, 29 października 2012
Krew miesięczna

Czasem zaczynam się zastanawiać nad dziwnymi rzeczami. Pubmed służy zawsze uprzejmie natchnieniem.

Na fali ostatniej gry. Wirus, który zarażałby kolejne osoby m.in. przez krew menstruacyjną. Namnażałby się tuż przed miesiączką, a potem powodował obfite krwawienie. Powinno być dość proste do wyewoluowania - jakaś reakcja na zmiany hormonalne, jakieś zmniejszenie krzepliwości krwi; nie takie rzeczy wirusy wyczyniają.

Pubmed wypluwa zaskakująco niewiele po wrzuceniu "menstruation blood virus". Japoński artykuł o detekcji HPV w podpaskach (polecają, że łatwo i skutecznie). Papier o tym, że HIV zwiększa stężenie we krwi w trakcie cyklu i maksimum jest w czasie miesiączki. Faktycznie, wirus podobny do HIV - tj. dość trudno zarażający - byłby dobrym kandydatem na menstruacyjne zarażanie. NBo ale samo miano wirusa o niczym nie świadczy.

Ale czemu tak mało papierów? Menstrual wpisałam przez ó ? Jakieś tabu? Z drugiej strony, do tej pory nie sprawdziąłm nigdy stężenia glukozy, choć pomysł był...

Dla pocieszenia wywaliłam wirusa - kilka tysięcy artykułów z menstrual i blood. Dowiedziałam się o istnieniu paru czasopism (nie wiem, czy chciałam o nich wiedzieć...) J Relig Health (Journal of Religion and Health, a jakże, Springer) i J Am Acad Relig (Journal of the American Academy of Religion). Z innych rzeczy, których nie chciałam wiedzieć - na szczęście trzeba zapłacić, więc poza tytułem, nic nie wiem - pinworms in menstrual blood (owsiki).

Dużo o odróżnianiu krwi menstruacyjnej w medycynie sądowej. Na podstawie białek/RNA.

O krwi menstruacyjnej jako źródle komórek macierzystych. Interesujące. Również propozycja leczenia udaru podaniem autologicznych komórek z krwi miesięcznej.

Rozczulający tytuł, więc podam w oryginale, tzn. przetlumaczonym oryginale. Ujrzałam ooolbrzymią halę wypełnioną tysiącami kobiet, siedzących rzędami i robiących na drutach. I zmieniających podpaski.

[Effect of occupational stress on menses and sex hormones of female knitting workers]. Article in Chinese

O irygacjach - że dziewczęta robią, bo są zachęcane przez matki. I kolejny artykuł, że kobiety latynoamerykańskiego pochodzenia w USA, bo "Latino men (mostly of Caribbean descent) are emphatic about the role of cleanliness in vaginal health, reporting that it substantially influences their choice of partner. Most are very supportive of douching, which they consider a necessary hygiene activity. Vaginal health is perceived as a state that must be attained and maintained through proactive hygiene measures that remove seminal residue, menstrual blood, sweat and bacteria that contaminate the vagina". Vaginal hygiene and douching: perspectives of Hispanic men.

Z kolei pakistańskie dziewczęta często nie są zachęcane do niczego, zwłaszcza te, co nie chodzą do szkoły - wyobraźcie sobie nastoletnią siebie. "Descriptive findings showed that 50% of the girls lacked an understanding of the origin of menstrual blood and those with a prior knowledge of menarche had gained it primarily through conversations with their mothers. Many reported having fear at the first experience of bleeding. Nearly 50% of the participants reported that they did not take baths during menstruation. In univariate analysis, factors of using unhygienic material, using washcloths, and not drying under sun were found to be significant in the Chi square test among those going and not going to schools."

Dla miłośników tzw. medycyny alternatywnej: korelacja ( a raczej brak) między typem Jin-Jang, a cyklem miesięcznym i menstruacją

Wątek rodzimego autorstwa, czyli antybakteryjne właściwości krwi miesięcznej w "Peptides".

O, i jeszcze coś w związku z moim pomysłem - o przystosowaniu do cyklu miesięcznego, ale u bakterii: "All gonococci encode a hemoglobin (Hgb) receptor, but it is phase variable, and most laboratory and clinical isolates are in the Hgb receptor "off" phase. In the present study, we address the question of whether there is a selective advantage to expressing the Hgb receptor during early phases of the menstrual cycle, when Hgb is readily available from menstrual blood. In clinical isolates collected from women, Hgb use in vitro (Hgb receptor "on" phase) was associated with a shorter time since the onset of the last menstrual cycle, (P=.031, Wilcoxon rank-sum test). Thus, there may be a selective advantage to expression of the gonococcal Hgb receptor during infection of women in the early phases of their menstrual cycles."



21:27, panpaniscus , Drobiazgi
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 25 października 2012
Jedzenie

Angielskie jedzenie jest słynne. Mam napisane przez Polaków przed wojną i w jej czasie ksiązki o życiu w Anglii i wiele z tego co ich uwierało, jest niepokojąco podobne do naszych frustracji.

Pojawia się tam stwierdzenie, że angielksa kuchnia to sztuka takiego przyrządzania najprzedniejszych produktów, zeby się jak najmniej nadawały do jedzenia. Angielska kuchnia jak mniemam zmieniła się na plus, dzięki inwazji dań nieangielskiego pochodzenia. Jak wiadomo, curry to angielska potrawa narodowa. Moja ulubiona. I tego się trzymam, bo standardowe przepisy (jeśli są podobne do tych z mojej angielskiej książki kucharskiej) wymagają użycia zabójczej ilości cukru i tłuszczu.

Będzie o jedzeniu sklepowym.

Nabiał. Fantastyczny. Smaczne mleko, pyszne jogurty i dobra śmietana. Do wyboru kwaśna i nie, creme fraiche, do ubijania i double, czyli coś, co moim zdaniem powinno zostać prawnie zakazane dla dobra społeczeństwa. Zawiera  57% tłuszczu. Robiłyśmy z niej śmietanę  - kilka ruchow słoikiem i gotowe.

Ale. Brak białego sera. W Niemczech jest tz. frische Käse, z którego da się zrobić sernik, wkład do pierogow ruskich czy naleśnikow. Tu bywa "fromage frais", ale to jednak nie ta konsystencja no i nie w każdym sklepie, co gorsza głównie w nietolerowanej przeze mnie wersji 0 tłuszczu.

Tfu, skłamałam wierutnie. Bo w Asdzie, w której czasem robimy zakupy jest twaróg łowicki. I kefir, którego miejscowi nie produkują. W efekcie robimy tam zakupy częściej niż bym chciała.

Sery - uwielbiam angielskie sery.

Jajka- są tylko od wolnowybiegowych kur (zastanawia mnie to mocno), ogromny plus.

Mięso - w supermarkecie jest między innymi też od szczęśliwszych zwierząt, plus. Również jagnięcina - za mną pierwsze udane eksperymenty.

Chleb. Na sam widok podnosi mi się cukier. K. twierdzi, że jedyną pozytywną cechą angielskiego chleba jest to, że zaczełam sama piec. Wczoraj jego koleżanka z pracy dostała bochenek, przezornie zrobiony pół na pół z pełnej i białej mąki. Pyszny, ale okropnie ciężki stwierdziła. Fascynuje mnie 100 odmian chleba, różniącego się jedynie kolorem i grubością kawałków, na które go pokrojono.  Choć być może jeśli będę się musiała przestawić na miejscowego dentystę to jeszcze wrócę z podkulonym ogonem po tę watę.

Mąka. W supermarketach jest mąka do wypieku chleba (z podwyższoną zawartością glutenu), również z pełnego przemiału. Nie znalazłam mąki z pełnego przemiału z normalną ilośicą glutenu - do delikatnego kruchego ciasta. Nie rozumiem idei self-raising flour, chyba chodzi o to, żebym miała mneij miejsca w kuchni (bo nie do wszystkiego self-raising się nadaje przecież). Ogólnie plus.

Ryż - bardzo duży wybór.

Wreszcie to, co najbardziej boli. Warzywa i owoce. Aaaa gdzie gdzie kupić pomidory. Pierwsze zakupy po powrocie z niemiecko-polskich wakacji w sierpniu złamały mi serce - tu nie ma pomidorów. Są tylko wyroby pomidoropodobne, takie same przez cały rok od stycznia do grudnia. Nwet na lokalnym targu. Jabłka (teraz!!!) z Nowej Zelandii i Afryki Południowej. Spędzam na zakupach o wiele więcej czasu, niż bym chciała bo sprawdzam te cholerne torebki, co jest skąd. Bo niemal wszystko paczkowane.

Raz w miesiącu(!) jest tzw. farmer's market, bylam w zeszłym tygodniu - totalne rozczarowanie bo jeden pan z jabłkami (kupiłam dużo, ale już zjedliśmy, bo pyszne) i jeden z kilkoma rodzajami warzyw. Muszę znaleźć jakieś gospodarstwo ze sklepem chyba po prostu.

Upierdliwe

Pomieszali mi próbki w sekwencjonowaniu. Na 99,99% jestem przekonana, że tam, bo nasza techniczka jest jak robot, a że ukręcała te próbki od kawałka flaka, to raczej miała do nich czuły stosunek emocjonalny i tego nie zrobiła.

Rozmiarow katastrofy nie ocenię, póki mi się nie zmapują wszystkie, jedna zajmuje najmniej naście godzin. Najgorzej, że najpierw zoptymalizowałam mapowanie z założeniem, że jest tam w środku to, co podpisane. Muszę przemyśleć na ile to szkodzi.

Wspólnik sekwencjonujący od projektu na szczęście wydaje się być w porządku i współpracuje na razie.

Kurcze, w moim przypadku stosunkowo prosto spostrzec omyłkę i nawet przypasować co powinno być co, ale mogą być przypadki, kiedy się nie da tak. Hm, zastanawiam się.

Ale upierdliwe.

Uaktualnienie: prawdopodobnie podmianka w myszarni/komputerze dziewczyny, która robiła labowaą część projektu. Ale czekam na kolejne próbki.

10:36, panpaniscus
Link Dodaj komentarz »
Inaczej

Ciepła szafka. Schowek na bojler. Jest w nim  ciepło, pod 30C. Z jednej strony dobrze, bo łatwiej wysuszyć rzeczy. Z drugiej strony - ile to energii się marnuje. Z trzeciej strony - jakbyśmy mieli elektryczną suszarkę do prania, byłoby leszcze bardziej energożernie? Ale nie mielibyśmy.

Mikropokoiki. Efekt zadziwiającej praktyki używania liczby sypialń jako parametru wielkości domu. Nawet w Stanach wynajmowałam mieszkanie w stopach kwadratowych.

W ogóle mikro. Dom mniejszy od naszego poprzedniego mieszkania. Dziecinny pokój był większy od aktualnego salonu. Nie wspominając o piwnicy. Ale jakoś się mieścimy, a dzięki dwóm poziomom mamy też nieco intymności wieczorem.

Schowek dla Harrego Pottera. W naszym domu świetny wynalazek.

Garaż. Na razie nie widziałam, żeby ktoś parkował samochód w garażu. Zawsze stoją na podjeździe. Domy nie mają piwnic, a graciarni każdy potrzebuje.

Ogrodzone przydomowe ogródki. Nie ma tego poczucia przestrzeni, którą daje perspektywa ogrodów sąsiadów. Jest intymność. Ale i zacienienie większej części mikroskopijnej działki.

Okna otwierające się na zewnątrz (również na piętrze). Miało być w absurdach - bo jak tu je umyć. Nio i wypaść łatwiej, bo łatwiej otworzyć. Ale. Ile osób żyje z mycia tych okien! Trochę jak w Indiach, znajomy opowiadał, że na piętrze w akademiku byl specjalny pan, który zajmowal się tylko prasowaniem koszul osób z tego piętra.

W ogłoszeniach o domach "double glazing" pojawia się, jakby to była niewiadomo jak nowinka techniczna. Z jednej strony - razi, z drugiej strony - jak już mają, to niech się cieszą.

środa, 24 października 2012
Łózko

Pierwszy raz nie pracuję dziś w sypialni.

Bo mamy teraz gabinetojadalniosalon zamiast gabinetojadalniosypialniosalonu.

Wczoraj, po eonach (w których zawiera się całe istnienie Starszej) odzyskaliśmy nasze warszawskie łóżko. Najpierw Tetris, czyli wniesienie go na górę - na szczęście nie dowierzając wcześniej, że cokolwiek się zmieści, odkręciliśmy część barierki schodów.

Zmieściło się.

Złożyliśmy. K. naciągnął sprężyny, po raz kolejny w złej kolejności - ale że to już było, przypomiałam sobie na końcu.

Dzieci wyskakały swoje.

Mamy sypialnię, zamykaną na drzwi. Z zasuwką. Nie trzeba ścielić rano łóżka.

A ono jest takie wygodne! A my tyle lat:

-na futonie (z ikei),

-na ikeowym łóżku i materacu (nie były złe),

-na kanapie, co wygodna byla tylko na wystawie (w ikei),

-na superortopedycznym ikeowym materacu, który z pewnością miał małą górkę na środku, bo zawsze się sturliwałam na brzeg,

-na gościnnym łóżku (z ikei).

Nasze łóżko.

Przynajmniej jedno dziecko się na nim poczęło. Ale żadne nasze.

Kilka par na nim się kochało. Dziwna myśl.

Sprowadziliśmy je, bo ma skrzynię, w której można przechowywać rozmaitości. W naszej króliczej norce - bezcenne. I nie ma szuflad, na wysunięcie szuflad w naszej sypialni nie byłoby szans. Tubylcze łóżka z podobnej kategorii są kilka razy droższe niż transport z PL.

Acha, i mamy tym samym trzeci mebel NIE z ikei. Stanowczo poprawia samopoczucie.

09:39, panpaniscus , Drobiazgi
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2