o tym, jak idę
czwartek, 21 października 2010
Jak się pozbyć frustracji (niestety działa tylko chwilowo)

Potrzebne jest:

około półtora kilograma jabłek. Najlepiej drobnych i twardych.

Twarda, jak najtwardsza podłoga łatwo zmywalna (proponuję kuchenną terakotę).

Wiadro z mopem i wodą z dodatkiem środka do mycia podłóg.

 

Stajemy na środku podłogi. Jeśli któraś ze ścian jest niezmywalna, stajemy tyłem do niej, by ją osłonić. Bierzemy w dłoń jabłko. I sru z całej siły rzucamy w podłogę, żeby się rozprysnęło. Powtarzamy z kolejnym jabłkiem i z kolejnym, wkładając w to całą siebie. Powtarzamy z ewentualnymi dużymi fragmentami jabłek. Kiedy koszyk pusty - zmywamy podłogę.

Na ewentualne zapytania odpowiadamy "bo wolę jabłkami niż czym innym".

 

18:42, panpaniscus
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 19 października 2010
O roku ów

Czy już pisałam, jak niesamowitym przeżyciem był dla mnie 1989 rok? Takiego natężenia nadziei, radości, wolności - nigdy wcześniej ani potem nie było mi dane odczuwać.

I chodzi nie tylko o kupowanie Gazety Wyborczej i croissantów (obie rzeczy to nowość wtedy!) od faceta na dołku, o plakaty na przystanku; w równym stopniu to była wolność od mojej strasznej podstawówki. Uzyskana przedterminowo (do klas matematycznych eksperymentalnych egzaminy były przeprowadzane wcześniej), do szkoły chodziłam pro forma, wreszcie beztrosko i z poczuciem, że nic nie mogą mi zrobić i że mnie nie obchodzą. Nauczyciele i koledzy z klasy.

Wszystko miało być lepiej.

I było.

Może nie tak, jakby mogło być - nie napiszę, niż miało być, bo niczego sobie nie wyobrażałam - ale było. Jeśli przyszło rozczarowanie, to - dlatego, że się było naiwnym. W życiu osobistym, społecznym i zawodowym.

Ale uwielbiam wywoływać od czasu do czasu te przeźrocza w mojej głowie, euforię i radość - i zawsze jest słońce i ciepło i miska sałaty z winegretem, którą zażyczylam sobie po zdaniu egzaminów.

23:02, panpaniscus
Link Dodaj komentarz »
Dlaczego ach dlaczego

Nie istniały blogi, gdy byłam nastolatką. Pisało się do pamiętnika, w izolacji - zimnej i okrutnej a jednocześnie błogo-naiwnej - że ma się takie wyjątkowe, takie niezwykłe, takie skomplikowane.

Z drugiej strony, może i łatwiej żyć bez skręcającej kiszki świadomości wpadek, duchowego megaekshibicjonizmu i zapętlania w autokreacji - które z pewnością by się wydarzyły. A może by się wydarzyły i zamiast udręczać, czegoś by nauczyły?

Wszystko jedno. Żyłam w innych czasach. Nieraz mówię, że się z tego cieszę - urodziłam się na tyle późno, by pamiętać jak się żyło w starym systemie, doświadczyć jego beznadziei, szarości, tego domu złego - na tyle późno, by jako młoda nastolatka durno żałować, że mnie ominęły prawdziwie bohaterskie czyny (wiążące się jeśli nie z relegowaniem ze szkoły, to z "marnowaniem sobie życiorysu" w inny sposób), na tyle późno, by przyjąć ten nowy język jeszcze jako swój, bez silnego akcentu PRL. Chociaż? Może się oszukuję?

Dziś czytałam 50. numer Karty. W nim między innymi projekt Macieja Drygasa, fragmenty wspomnień i dokumentow powstałych 27 września 1963. Data wybrana w sposób dość losowy. Siermiężne powiedzieć - to bardzo eufemistycznie o tych czasach. Prze-ra-ża-ją-ce. jak większość tego, co czytam w Karcie. I cholernie optymistyczne - bo ludzie to przeżyli, bo wyszli - niektórzy - z podniesionym czołem. I znów: czy potrafiłabym to zrozumieć, tak empatycznie odczuć, bez doświadczenia komunistycznej dławiącej podstawówki.

Poza tym: będziemy aplikować o pracę jeszcze inną. Nie chodzi o to, czy się uda - raczej nie i nawet nie wiem, czy chcę, by się udało, działka dość odległa i kwalifikacje w związku z tym niewielkie - raczej chodzi o zmianę nastawienia.

Pracownik najemny. Żadne tam mistyczne uniesienia, odkrywanie nieznanego, przesuwanie granic. Rzemieślnik wędrowny, przenoszący się z budowy na budowę. Z drugiej strony budowniczowie gotyckich katedr też tak żyli. ty;lko co oni kuźwa z tego życia mieli co mieli.

22:49, panpaniscus
Link Komentarze (2) »
środa, 13 października 2010
Wypalenie

Cukrzycowe. Mam nadzieję pokonać. Nowym gadżetem również. Trawa kiełkuje na ruinach.

Wypalenie to naturalna reakcja na zajmowanie się osobą przewlekle chorą. Nawet, jeśli samemu jest się tą osobą. Głębsze lub mniej poważne - ale spotyka chyba wszystkich. Pierwszy raz mocno mnie dopadło po pierwszej ciąży. Ciąża - to bardzo restrykcyjne zarządzanie cukrzycą. Mierzenie po naście razy na dobę, po dwa-trzy razy w nocy. Potem nieprzespane noce z powodów bardziej naturalnych - malutkiej Uli. Poczucie, że ma się serdeznie dosyć i nie chce się mieć nic wspólnego z cukrzycą, bez względu na koszty.

Druga ciąża - nie byłam aż tak pilna, choć chciałam. Nie dawałam rady psychicznie i fizycznie.

Teraz dojrzewam, żeby znów poczytać co się dzieje naukowo (niestety niewiele - K. zwierzył się, że uwierzył w rzucone przy diagnozie "za 10 lat powinno być rozwiązanie", ja jakoś taka naiwna nie byłam), a przede wsyztskim, żeby zmienić coś na lepsze.

Zatem.

Cel docelowy: czuć się lepiej ze swoją cukrzycą.

Chciałabym obniżyć Hba1c. Długofalowo do 6.

Jak to zrobić?

Wyznaczyć porządną bazę i zweryfikować współczynniki (na węglowodany i na korektę).

Zwiększyć insulinowrażliwość - wysiłek fizyczny i ograniczyć węglowodany w diecie. Zmniejszyć ilość posiłków dziennie, a raczej ograniczyć podjadanie do rzeczy niewęglowodanowych (minusy siedzenia w domu - się je!).

Porządnie się mierzyć, bo między karmieniem, odebraniem z przedszkola, przewinięciem z kolejnej kupy jakoś łatwo to umyka.

 

Tagi: cukrzyca
20:15, panpaniscus
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 11 października 2010
Non-fiction

Pamiętam, jak zdziwił mnie i początkowo irytował anglosaski zwyczaj dzielenia książek w księgarni na "Fiction" i "Non-fiction".  Zamiast dobrze znanych kategorii "literatura piękna polska"  (no, tu musiałaby być amerykańska) i obca - kryterium "czy to było naprawdę".

Teraz to mój główny wyznacznik, co czytam. Rzadko, rozważnie i kapryśnie wybieram się na stronę fikcji. Zwyczajnie, kreacja mnie często nudzi, czasem drażni. Tak bardzo jednostronna. Tak jednoosobowy jest w niej świat i z takim kluczem zwykle. Chyba, że autor genialny i ma naprawdę wiele do powiedzenia. Albo pisze po polsku tak, że dech zapiera.

Zafascynowała mnie historia. Ta najbliższa życiu, opowiedziana, spisana. Na wakacjach przypadkowo przeczytałam dwa numery Karty. Chodziłam jak zaczarowana. Porażająca moc. Co ci ludzie przeżyli. Jak to przeżyli. Jak przetrwali. Co potem zrobili ze swom życiem. Boże, mijałam ich na ulicy przecież. To były babcie, wujkowie i ciotki moich koleżanek i kolegów. Wiele interesujących i bardzo otwartych osób. Jaka pokora we mnie się rodzi.  W jak abstrakcyjnie  szczęśliwych czasach żyjemy, nie zdając sobie z tego sprawy.

Karta ma duże problemy finansowe. Można pomóc wpłacając na konto fundacji. Przy okazji można kupić starsze numery pisma i książki (na stronach można podejrzeć zawartość). Ja tak zrobiłam i w zeszłym tygodniu rodzice przywieźli mi kilka kilogramów niesamowitej strawy duchowej.

 

13:32, panpaniscus
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2