o tym, jak idę
poniedziałek, 05 października 2009
Apgar - miała na imię Virginia
Trafiłam na te strony o niej przypadkiem (niesiona falą entuzjazmu po Stuleciu Chirurgów). Apgar miała na imię Virginia - była kobietą, nie miałam o tym pojęcia!
Początkowo chciała zostać chirurgiem. Choć wykazywała w tym kierunku uzdolnienia, jej mentor, zniechęcony brakiem sukcesu finansowego swych poprzednich uczennic-chirurżek, radził jej, by w obliczu Wielkiego Kryzysu, konieczności spłacenia długu zaciągniętego na studia i braku wsparcia finansowego od rodziny - zajęła się anestezjologią. Virginia Apgar była jednym z pierwszych amerykańskich lekarzy-anestezjologów i złożycieli nowej specjalności medycznej. W początkach narkozy chirurdzy zlecali znieczulanie swoim pomocnikom lub pielęgniarkom, często nawet studentom. Niewiele jeszcze wiedziano o działaniu znieczulenia i narkozy, o wpływie stanu pacjenta na ich przebieg. Z czasem operacje stawały się coraz dłuższe i bardziej skomplikowane, pacjenci wymagający, a i techniczne możliwości coraz szersze. Apgar jako pierwsza wprowadziła do standardów anestozjologicznych wywiad przed znieczuleniem, prowadziła też z pacjentami kolejny po operacji - gromadząc w ten sposób solidny materiał do rzetelnych porównań.
W latach pięćdziesiątych zajmowała się anestezjologią położniczą. Starając się określić wpływ znieczulenia na noworodka wymyśliła prostą, dziesięciopunktową skalę oceny stanu dziecka. Wcześniej położnicy zadowalali się ogólnymi stwierdzeniami typu "dobrze oddycha". Virginia Apgar zasugerowała też, by oceny dokonywała osoba spoza grona przyjmującego poród - w jej badaniach porównawczych okazało się, że położnicy często przyznawali przyjętemu przez siebie noworodkowi kilka punktów więcej, niż postronny obserwator.
Skala opisana jest szczegółowo tu. Ocenia kolor skóry, puls, oddech, odruchy i napięcie mięśni noworodka. Bardzo prosty system stworzył podwaliny postępowania z noworodkami i umożliwił zbadanie wpływu znieczulenia matki na rodzący się płód. Używa się go do dziś.
12:46, panpaniscus
Link Dodaj komentarz »
Z cyklu: lektury godne polecenia
Fascynuje mnie historia medycyny. Fascynuje w porywach, od czasu do czasu - gdy natrafię na książkę, notkę czy opis które znów budzą we mnie ogromne zdumienie: to, co ja dziś przyjmuję za oczywiste, jest znane tak krótko.
Ostatnie kilka dni przeleżane w łóżku to odświeżona lektura Stulecia chirurgów i Triumfu chirurgów Thorwalda Jürgena -  polecam gorąco obie pozycje. To nie tylko wędrówka w czasy, gdy etiologia większości chorób była zupełną zagadką, a u chirurga najbardziej liczyła się siła fizyczna i wytrzymałość na cierpienie operowanych na żywca chorych. To nie tylko pasjonująca historia początków narkozy, aseptyki i antyseptyki. To mnóstwo opowieści o ludziach, którzy tworzyli, często wobec ogromnego sprzeciwu lub bierności otoczenia, zręby nowoczesnej chirurgii. O ich zapale, radości i rozpaczy.
To niesamowite, że jeszcze 200 lat temu tak banalne dziś dolegliwości jak kamienie moczowe czy w pęcherzyku żółciowym, zapalenie wyrostka robaczkowego były wyrokiem śmierci, poprzedzonej długimi męczarniami.
Trochę więcej pokory.
12:15, panpaniscus
Link Dodaj komentarz »