o tym, jak idę
piątek, 18 sierpnia 2006
Krzesełko a sukcesy i porażki
Wczoraj kupilismy wysokie krzesełko dla Uli. Za bardzo korzystną cenę (w sklepie z używanymi rzeczami), co prawda nieco brudne, ale z niewielkimi śladami zużycia, a brud łatwo usunąć - już to zrobiłam, stoi i się błyszczy.
Czyli - sukces.
Ale K. mówi, że boli go, gdy na nie patrzy.
Bo to już trzecie krzesełko, które w tej chwili mamy. Pierwsze - to tymczasowe  w założeniu ("póki nic lepszego" i "na wyjazdy") krzesełko z Ikei. Użyte raz, bo Ula za słabo siedzi.
Drugie to nasza pierwsza zdobycz z niemieckiego Ebaya. Mamy bardzo dobre doświadczenia z Allegro (jako kupujący i sprzedający), podobnie z amerykańskiego Ebaya. K. wylicytował krzesełko po dobrej, jak na ebayowe ceny podobnych krzesełek, cenie. Sprawdził wcześniej wiarygodność sprzedawcy itp. Pojechał po krzesełko - było do odebrania niedaleko nas. Wrócił z krzesełkiem i wątpliwościami, które podzieliłam, czyli pomnożyłam. Krzesełko było brudne, wyściółka podarta, nie do końca sprawne. W pierwszej chwili mogło wygladać lepiej niż po dokładniejszych oględzinach - słowem, K. wziął je pochopnie i już tego dnia żałował; nowa wyściółka zlikwidowałaby całakorzyść z kupna używanego krzesełka.
Krzesełko zostało odstawione w kąt i tylko trochę się o nie potykaliśmy.Ula nie przepada za siedzeniem w ogóle, więc wielkich zachęt do uzycia nie było.

W środę kupowałam Uli jakieś ubranka i zauważyłam nasze ostatnie krzesełko, wczoraj je kupiliśmy. Zaciągnęłam K. do sklepu, przywieźlismy je do domu, a on dalej chodzi przygnębiony. Bo krzesełko przypomina mu tę nieudaną transakcję i to cholerne krzesełko, które teraz czeka w schowku na koniec korespondencji ze sprzedawcą z Ebaya.

Mówiłam K., zeby popatrzeć na to inaczej - że ja swój żal z powodu beznadziejnego interesu przekułam na "nie powiodło nam się tym razem, ale teraz już wiemy, że trzeba bardzo dokładnie oglądać rzeczy i być asertywnym; możemy negocjować ze sprzedawcą; zdobylismy nowe doświadczenie i nie ma co się przejmować". To jest mój idealny sposób (do którego dążę) radzenia sobie z poczuciem porażki.
Dziś porządkowałam wpisy na blogu, kategoryzując część z nich i znalazłam siebie z tym samym problemem.  Bo ja bardzo niedawno zaczęłam się uczyć jak sobie świadomie  radzić w takich sytuacjach.
Oczywiście, duuuużo łatwiej doradzać komuś, niż stosować to we własnym życiu (no bo trzeba sobie poradzić z emocjami); ale też zobaczywszy z zewnątrz oczywistość takiego podejścia i jego niewątpliwe korzyści, łatwiej sie na przyszłość zmotywować do niego.
Mam nadzieję.





O pracy intelektualnej
Trudno jest coś zrobić w pracy, jeśli się pracuje tylko 4 godziny. Zwlaszcza w mojej pracy, ktora oprocz zajmowania sie swoim projektem obejmuje takie rzeczy, jak udzial w spotkaniach i sledzenie literatury. Ostatni tydzien to: poniedzialek - zebranie do kupy wnioskow z ostatniego tygodnia, sporzadzenie planow dalszej pracy. Wtorek: spotkanie w zwiazku z usprawnieniami, które chcemy wprowadzic. Sroda: rozmowa w wspolpracownikami z projektu i cotygodniowy groupmeeting. Czwartek-wolne, dzis - udzial w spotkaniu dotyczacym duzego, ekscytujacego projektu w naszym depatramencie.

Nie uczestnicze w nim, ale to projekt, ktoremu sie przyglada swiat, spotkanie bylo otwarte, wiec podobnie jak wiekszosc departamentu przyszlam posluchac, popytac. Fascynujaca nowa technologia, bedaca wyzwaniem sama w sobie, ambitne plany, szalenie interesujace pytania, na ktore staramy sie znalezc odpowiedz. W dodatku bardzo, ale to bardzo medialne; nie jak moj projekt, ktory moze i jest wazny dla wielu osob z mojej dzialki, ale nie da sie tej atrakcyjnosci przedstawic latwo laikowi.

Spotkanie sie odbylo, bo grupa od nas zaprosila do wspolpracy ludzi z zewnatrz, swietnych specjalistow. Niestety moje 4 godziny wystarczyly tylko na prezentacje projektu z naszej strony.Ale jakie cztery godziny to byly!


Szlam na lancz w lekkim oszolomieniu, jakie zwykle odczuwam przy takiej wysilonej, wieloosobowej pracy intelektualnej. Przy czym to naprawde byly Mozgi przez M. To niesamowite, jak duzo potrafimy wymyslec, nauczyc sie.
Ech, jeszcze teraz czuje sie jak lekko pijana. To tez duza zasluga tego, jak takie spotkanie wyglada - wszyscy siedzimy - przy stole, na kanapie/szafkach/krzeslach/podlodze, ewentualnie prelegent stoi; w kazdej chwili mozna przerwac, zadac pytanie. Rozmowa daje bardzo duzo rowniez osobie mowiacej - nie tylko delatego, ze powstaja nowe pomysly, jak uzupelnic czy poszerzyc projekt, odkrywamy bledy lub nowe iterpretacje; rowniez widac jak na dloni, co dobrze i zrozumiale przedstawiamy, a co warto zmienic.

14:37, panpaniscus , Praca
Link Dodaj komentarz »
piątek, 11 sierpnia 2006
Drogie dzieci, jedzcie owoce i warzywa
Tytuł - to cytat z jednej z niesamowtych tabliczek, jakie kiedyś znalazłam na krakowskim Kazimierzu. Jeszcze było "Dzieci proszą o ryby".
Warzywa i owoce - jeśli zdecydujemy sie na powrót do Polski, niebagatelny w tym udział będą mieli ogrodnicy spod Grójca. Nie udało nam się tu znaleźć dobrego źródła warzyw i owoców. W Polsce z pogardą traktowałam stoisko warzwno-owocowe w supermarkecie, twierdząc, że większość z tego, co sprzedają, nadaje się na kompost. Zaglądając do tutejszych sklepów "warzywniaków" z rozrzewnieniem wspominam to stoisko.
Wizyta u rodziców to również targ i szał zakupów - czereśnie, truskawki, pomidory, fasolka, kalafior, kalarepa, są już jagody, bób, młode kartofelki te wielkości włoskich orzechów, marchewka, szparagi, botwinka, koper, ogórki na małosolne, sałata, więcej już nie dam rady donieść do domu. To chyba jedyne zakupy, które lubię robić.
Znajoma napisała, że robiła konfitury wiśniowe - dla mnie to lato jest nieważne!!! Nie jadłam wiśni!!! Moje dzieciństwo to sad wiśniowy z pasieką, cierpkie wiśnie-sokówki, słodziutkie wiśnie deserowe niewiadomej odmiany (dziadziuś kupił przypadkowo na targach działkowiczów dwa drzewka, okazały się fantastyczne). Buszowanie w mokrym drzewie (ostrożnie -wiśnie mają kruche gałęzie bardzo), potem drelowanie wiadra owoców - w kostiumie kąpielowym na trawniku.
Śliwki - węgierki, renklody, srulki.
Pojedziemy na wakacje do Polski, to trochę się odkuję. Do sraczki.
Grad w grądzie
Upajam się ogonkami:)
W czerwcu było gradobicie - pierwszy i mam nadzieje ostatni raz w życiu widziałam coś takiego, kawałki lodu wielkości śliwki (bliżej węgierek niż mirabelek). Łomot lodu o dachy samochodów. Znajomemu wybiło okna dachowe, zalało mieszkanie. W ogrodzie botanicznym - żałość i mizeria.
Akurat odwiedzała nas moja siostra, fachowo wyjaśniła, jak taki grad powstaje i czemu w upalny dzień.
13:58, panpaniscus , Drobiazgi
Link Komentarze (2) »
Karmienie dzidziusia zupką, komedia klasy C
Odcinek dwieście sześćdziesiąty drugi. Dzidziuś wsmarowuje lyżką zupkę jarzynową we włosy mamy, która stara się trafić drugą łyżką do buzi.

Nie rozumiem, czemu te śliniaczki są takie symboliczne. Powiniśmy raczej stosować kombinezon i czapkę dla dzidziusia, kombinezon+czepek dla osoby karmiącej, folię malarską w promieniu dwóch metrów.

No dobra, przesadzam. Dziś zjadła bardzo ładnie. Przypomniały mi się rodzinne opowieści, jak to ja, totalny niejadek, jeszcze w stanie bezzębnym, przepadałam za ogórkami kiszonymi. Dzidziuś faktycznie ogórka w kawałku zaciamkał i wyssał do suchej skórki. Wobec tego dziś zupka była ogórkowa, tj. jarzynowa z utartym ogórkiem. Poza tym sprawdziło się jedzenie na pełzająco - dzidziuś nie lubi długo siedzieć w jednym miejscu.

Czy wspominałam, że mamy tu wykładzinę na podłodze? To dla mnie największy mankament tego mieszkania. Zwłaszcza, gdy mam w ręku miseczkę z zupką marchewkową.
13:54, panpaniscus , Córeczka
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2