o tym, jak idę
piątek, 20 czerwca 2008
Przedszkole
Ula chodzi do przedszkola. Właściwie z racji wieku powinnam napisać - żłobka (zresztą formalnie to żłobek i przedszkole w dwóch sąsiadujących budynkach), ale o wiele bardziej mi to przypomina przedszkole.

Bardzo nam się to przedszkole podoba. Spodobało się na tyle, że Ulę tam posłaliśmy, z duszą mniej lub bardziej na ramieniu;), ale każdy tydzień utwierdzał nas w tym,że to dobra decyzja.

Przede wszystkim, Ula lubi tam chodzić. Dopytuje się o inne dzieci (teraz zaczynają się razem bawić), o wychowawczynię. System opieki dla takich maluszków to jedna wychowawczyni na ósemkę dzieci. Grupy przedszkolne są większe, a młodsze mają więcej opiekunek. Oczywiście część dnia różne grupy spędzają razem, po południu dyżur mają po kolei wszystkie "ciocie", także znamy się z większością personelu.
Chyba ten niemalże rodzinny system to klucz do sukcesu. Dzieci dostają dużo czułości i wsparcia, które w tym wieku zwykle związane jest z fizycznym kontaktem.
Ula bardzo dużo się nauczyła w przedszkolu/przedszkole ją zdopingowało. Sama się ubiera (chyba, że zależy nam na bluzce załozonej przodem do przodu;), zakłada buty, chodzi do ubikacji - i poza tym, że nie pozwala sobie pomóc, to jest jeszcze bardzo widocznie zadowolona ze swojej samodzielności.

Teraz całe dnie spędzają na dworze, mają w ogrodzie baseny dmuchane do kąpieli, gdy jest upał; większość ogródka jest zacieniona wysokimi drzewami, także słońce im niestraszne.

W przedszkolu sporo się dzieje. Przedwczoraj byli w klubie czytelniczym na czytaniu bajki o kaczuszcze Jolly (nie udaje mi się tego wygooglac, a ja też ją znam z dzieciństwa!), dziś poszli oglądać motyle w szklarni w Ogrodzie Botanicznym. Bardzo miło obchodzą urodziny - to całodzienne święto, solenizant rano dostaje prezent (z grupowych pieniędzy), na podwieczorek jest jakiś smakołyk itd. Obchodzą święta, przygotowując się do nich długo - w życiu nie podejrzewałabym mojego zawsze zaspanego rano dziecka o sprint z łóżka do drzwi wyjściowych na słowo "Weinachtsmann" :), dzieje się też trochę rzeczy "z rodzicami" - święto lampionów, przygotowywanie wielkanocnych zajączków czy jesienne grabienie liści.

Ze  zwyczajów, których nie pamiętam z polskiego przedszkola, to wywieszanie informacji o każdym przypadku choroby zakaźnej wśród dzieci i okresie inkubacji. Jak dotąd nic wywieszonego Ula nie złapała i w ogóle, jesli idzie o kłopoty ze zdrowiem to zadziwiająco wcale nie chorowała bardzo w tym 1-szym przedszkolnym roku. Podobnie inne dzieci z jej grupy. Nie wiem, czy to kwestia zimnego wychowu,czy mniejszych grup, czy zbieg okoliczności.

Byłam w tym tygodniu rozmawiać o Uli postępach. Co do przewidzenia, jest do tyłu w obszarach związanych z językiem - mową i "rozumieniem", bo pani nie rozumie odpowiedzi po polsku na pytanie zadane po niemiecku (Uli standart). Za to zdecydowanie od przodu w "dużej motoryce" (nie mam wątpliwości,patrząc jak biegnie się wspinać na drabinki).

Przy tym wszystkim to wcale nie jest jakieś super hiper miejsce - przydałby się porządny remont, ale nie mają kasy, więc robią po troszku co niezbędne. Dmuchane baseny zafundowali rodzice.  Panie się starają, np. udało im się wygrać grant od Ramy na organizowanie zajęć o dobrym żywieniu dla przedszkolaków, zbierają makulaturę.

No ale właśnie najważniejsze są te panie. Nie boję się zostawić
Uli z żadną z nich. Nawet przeboleję, jesli mi dziecko w niemiecką flagę pomalują - jak wczoraj, z okazji meczu. Inne dzieci miały flagi na policzkach, Ula na ręce, bo panie się bały urazić nasze uczucia, a Ula flagę chciała ;).

14:48, panpaniscus
Link Komentarze (2) »
czwartek, 19 czerwca 2008
Polska kultura nieeuropejska
cytat z Kapuścińśkiego:

Siła Europy i jej kultury, w przeciwieństwie do innych kultur, leży w jej zdolności do krytyki, przede wszystkim do autrokrytyki (...). Umysł europejski uznaje, że ma granice, akceptuje swoją niedoskonałość, jest sceptyczny, wątpi, stawia znaki zapytania. W innych kulturach tego ducha krytyki nie ma. Więcej- są one skłonne do pychy, do uznawania wszystkiego, co własne za doskonałe, słowem- sa one w stosunku do siebie bezkrytytczne. Winą za całe zło obarczają wyłacznie innych, inne siły (spiski, agentów, obcą dominację w różnych formach). Wszelką krytykę uznają za złośliwy atak, za przejaw dyskryminacji, rasizm itd. Przedtsawiciele tych kultur traktują krytykję jako osobistą obrazę, jako rozmyślną próbę ich poniżenia, nawet jako formę znęcania się. Jeżeli powiedziećim, że miasto jest brudne, traktują to, jakby ktośpowiedział, że sami są brudni, że mają brudne uszy, szyje, paznokcie itd. Zamiasts ducha autokrytyki noszą w sobie pełno uraz, kompleksów,zawiści, zadrażnień, dąsów, manii. To powoduje, że są kulturowo, trwale, strukturalnie niezdolni do postepu, do wytworzenia w sobie, wewnętrznie, woli przemiany i rozwoju."

HEBAN, rozważania nad przyczynami dla których w Afryce dzieje sięniedobrze.
09:26, panpaniscus
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 15 czerwca 2008
Co kobiety mają z przodu
Rzuci we mnie kakot kamieniem (prywatnie), to napiszę, bo się we mnie zagotowało. Otóż na pierwszej stronie GW link do wywiadu z panem Bogusławem Pawłowskim, antropologiem. Pan Pawłowski wypowiada się w sposób życzeniowy i opowiada niezłe bajeczki, szkoda tylko, że firmuje to nazwą dyscypliny naukowej.

Otóż wychodząc od truizmów - że kobiety i mężczyźni są inni, dochodzi do wniosku, który można podsumować w skrócie: bo kobiety z przodu mają uchwyty do garnków i do niańczenia dzieci. Posuwa się nawet do przepowiadania, że cywilizacja w wersji europejskiej jest skazana na wymarcie właśnie wskutek niedoceniania roli uchwytów do garnków.

Posługuje się opowieściami z psychologii ewolucyjnej - dziedziny płodnej, podniecającej (zwłaszcza dziennikarzy), tyle, że przepełnionej nie testowanymi i nietestowalnymi teoriami. I chyba nie bardzo ma pojęcie, jak działa dobór naturalny - jak silny musi być współczynnik doboru, żeby w tak dziwnej populacji jak ludzka, dobór pozytywny zadziałał. Ogólnie śmierdzi mi prywatą, miałam kilku kolegów, którzy usprawiedliwiali swoje skoki w bok powszechnością "kopulacji poza parą" wśród zwierząt.

Jesteśmy zwierzętami.
Biologia nas determinuje,owszem.
Ale mamy jeszcze margines na własne decyzje - nie będę mieć dzieci w tym roku, pozmywam po obiedzie zamiast zwalać to na żonę, nie zdradzę jej z atrakcyjną sąsiadką, a nawet nie zabiję sąsiada, choć okropnie mnie denerwuje ten kurdupel.

A spadek dzietności obserwuje się tak samo wśród wykształconych kobiet, jak i mniej wykształconych. I naprawdę, równouprawnienie nie sprowadza się do robienia kariery i późnego rodzenia dzieci. I jeszcze jedno - w tym równaniu brak mężczyzny, może problemem nie są aspiracje kobiet, a raczej nikły wkład mężczyzn w odchowanie potomstwa? Aaaa, przepraszam, mężczyźni nie mają z przodu uchwytów do garnków i ogólnie ewolucyjnie nie są zdolni do wychowywania dzieci.

Ciekawe, że tego typu tendencyjne wypowiedzi dużo częściej czytuję w GW niż w New York Timesie czy Guardianie. Obawiam się, że dlatego, że w Polsce są dużo bliższe centralnego nurtu. A brak uznawania równości kobiet i mężczyzn jest wciąż standardem.



23:17, panpaniscus
Link Dodaj komentarz »
piątek, 13 czerwca 2008
Nie mogę czytać Gazety
Bo na pierwszej stronie wciąż historia Agaty z Lublina. I nawet jeśli nie wejdę do artykułu, do rzuci mi się w oczy nagłówek.
Potem zbiera mi się na wymioty.

To może napiszę osobiście. Niedługo po moich 17 urodzinach wyszedł mi pozytywnie test ciążowy. Totalne oszołomienie. W zasadzie brak wizji, choć oczywiste dla mnie, że - jesli już tak jest, to przecież się kochamy i akceptujemy odpowiedzialność, donoszę tę ciążę i będziemy mieć dziecko. Przecież Ł. też był z wpadki.

Nigdy w życiu nie żałowałam, że to był fałszywie pozytywny wynik. Kiedy myślę o sobie z tamtego czasu, tak bardzo uwikłanej w chore układy rodzinne, o potencjalnym ojcu - nie umiejącym wejść w trwałe relacje i stabilny związek przynajmniej przez kolejne 8 lat - to było najlepsze,co mogło nam się przytrafić. Gdybym miała wtedy dziecko - chciałoby mu się żyć jeszcze mniej niż mi samej. Być może byłabym dla niego taka,jak moja mama dla mnie; albo podobnie jak mama Ł. obarczałabym je przez całe życie kosztami tego, co za wczesne macierzyństwo mi zabrało.
Kiedy myślę o sobie samej z czasów, gdy miałam 14 lat. Wizja macierzyństwa już się zupełnie w głowie nie mieści.

Piszę to z perspektywy mamy oczekiwanej, wymarzonej 2.5 letniej córeczki. Nie rozumiem. Robi mi się tylko niedobrze, kiedy czytam o naciskach na Agatę.
10:44, panpaniscus
Link Komentarze (2) »