o tym, jak idę
czwartek, 30 kwietnia 2009
Teoryje
Ostatnio po moich wywodach o tym, jak mi się tu podoba, K. stwierdził, że coraz trudniej mu zobaczyć zalety życia w mieście. Dużym mieście, znaczy się. Właściwie przyszło nam do głowy: szkoła i lekarze. Całą resztę załatwia spore miasto oddalone o 30 km.
A teoryje dotyczą sposobu życia. To znaczy, ewoluowaliśmy intensywnie dość dawno temu. Absolutnie nie twierdzę, że nie podlegamy doborowi (wystarczy spojrzeć na Afrykę, niestety), ale te czasy, które nas ukształtowały - to był zupełnie inny tryb życia niż obecnie.
Za szybko.
Za dużo.
Za szybko.
Za wiele bodźców, za wiele nowości, jak tu nadążyć.
Za dużo ludzi.
Za dużo decyzji do podjęcia, w końcu najważniejsze decyzje to decydowanie o tym, którymi decyzjami się przejmować i zajmować.


Nie ukrywam, że moja teoryja bierze się wprost z osobistych doświadczeń. Z przyjemności, jaką jest dla mnie życie na prowincji. Z obserwacji, jak świat, w którym urodziła się moja babcia ma się do świata, w którym ona żyje dzisiaj - i z własnego przerażenia, kiedy próbuję to ekstrapolować na moje życie. Z poczucia nadmiaru bodźców - i spokoju, spływającego na mnie kiedy nie słucham radia, omijam wiadomości polityczne, bardzo wybiórczo angażuję się w rzeczywistość dalszą niż rynek w naszym małym miasteczku.

Z pustego śmiechu, który mnie ogarnia, kiedy czytam wywiad z szefem kliniki - spędza w niej 14 godzin dziennie 5 dni w tygodniu, oczywiście dba o zdrowie i uprawia sport, a siły czerpie z satysfakcjonujących kontaktów z trójką dzieci i związku z żoną. Ktoś tu żyje w świecie totalnej iluzji i to nie ja.

Z tego, o ile więcej znaczą dla mnie książki/filmy/muzyka itd. gdy rzadziej ich doświadczam, ale za to smakuję, a nie połykam.

Z tego, że spokój i równowagę osiągam żyjąc chwilą - o co najłatwiej w kontakcie z przyrodą albo dziećmi.

Z tego, że żyjemy (my, tu w Europie) w świecie totalnego nadmiaru. Jedzenia, bodźców, wymagań wobec samych siebie.
16:37, panpaniscus
Link Komentarze (3) »
niedziela, 19 kwietnia 2009
Zaległa sukienka
Bez modelki, która zmęczona już poszła spać. Czy pisałam, że mamy 30 km nad morze? Właśnie przeleciał za oknem nietoperz. Kurcze, nie chcę mieszkać inaczej.
Sukienka w kwiatki (noszona cały zeszłoroczny lipiec, potem było chłodno):


sobota, 18 kwietnia 2009
Zmierzyć się z nielubianym
To jest baaardzo stary wpis - ciągle się ociągałam ze zrobieniem zdjęcia sukience, potem ukradli nam aparat, potem przeprowadzaliśmy się itd.


 ...i odkryć nowe światy. Czyli - pożyczyłam maszynę do szycia. Żeby uszyć Uli z mojej zeszłorocznej letniej sukienki, rozerwanej bardzo niefortunnie na płocie, spódniczkę.

Nielubiane to mało powiedziane. Bo ja w splotach nitek (każda nitka ma dwa końce), supły, nitka tu i tam, nierówne ściegi, pruje się samo, albo nie chce się  pruć, trzeba pruć pieczołowicie naścibolone już, a jeszcze na maszynie - dwa razy więcej nitek, dwa razy więcej końców, krzywo, warczy i ciągnie, no i ta traumatyczna trója mniej za spódnicę szytą na zetpetach, spódnicę w której potem chodziłam kilka lat...

Spódniczkę bardzo chciałam uszyć, sprawa niby prosta - odciąć stanik sukienki, wypruć suwak, zaszyć dziurę po suwaku, wszyć gumkę, skrócić dół o 20 cm odcinając porwaną część. Ale na ręczne szycie zdecydowanie za dużo roboty.

Zatem pożyczyłam maszynę. Pierwszy sukces - uruchomiłam ją, choć właścicielka (szyje tak samo dużo jak ja) mówiła, że chyba zepsuta. igła była odwrotnie włożona;). No jak ją sama naprawiłam, to nie mogło się nie udać. Pod igłę poszło stare prześcieradło, zostało przeszyte setką ściegów;). A potem nozyczki do ręki i z górki.

Skutki spódnicy: kupiłam szablon Burdy i kawałek materiału w kwiatki. Potem jeszcze nitkę i guzik, drugi raz wracałam się do sklepu po kawałek fizeliny. Potem okazało się, że napisy po angielsku są tylko na wierzchu szablonu, w środku opis jest po niemiecku, francusku i niderlandzku. No dobra. Postanowiłam śledzić wersję francuską - przynajmniej jestem w stanie zawsze odróżnić czasownik od rzeczownika ;) i mam najlepsze słowniki. W których nie ma  terminów krawieckich, zresztą obawiam się, że nic by mi po polsku nie mówiły.
Niestety za późno odkryłam fantastyczny podręcznik, w którym te francuskie terminy sa wybornie łopatologicznie wyjaśnione. Już zdążyłam odciąć materiał zamiast go ponacinać i wyciąć tasmy pod złym kątem i zeszyć to wszystko ze sobą. Nic to, pierwsze koty za płoty, sukienka - uszyłam sukienkę!

A teraz dopisek współczesny.
Efekt tego wszystkiego - w grudniu kupiłam w Polsce maszynę do szycia. Po przeprowadzce uszyłam:
szafę do naszej sypialni - mamy garderobę teraz

zasłony dla Uli

zasłonę na drzwi do naszej sypialni

rolety - na razie jedna, niewykończona. Teraz siedzę w ogródku i na balkonie, więc nie wiem, kiedy skończę.


Nowa codzienność
Ula chodzi do przedszkola. Na popołudniową grupę, bo w rannej nie było miejsca. Spędza tam 4,5 godziny, a odbierając ją za pięć piąta czuję się jak wyrodna matka - prawie nikogo już nie ma. Przedszkole inne od lipskiego, choć po prawdzie to trudno porównywać - w końcu tam Ula wciąż była jeszcze w grupie "żłobkowej". Tu wszystkie grupy są mieszane wiekowo. Ula wiele się uczy od starszych/innych dzieci. Ech, nadeszły czasy, że grupa rówieśnicza więcej znaczy niż mama - zdarzyło mi się pomyśleć, gdy Ula, która uciekała przede mną po całym przedszkolnym ogródku (tak, trudno ją wyciągnąc z przedszkola), na zdanie wygłoszone przez 5-letnią Vike "Ula, jak mama woła to trzeba iść do niej" natychmiast przybiegła i chwyciła mnie za rękę.
Teraz właściwie cały czas spędzają na dworze.
Bardzo mi się podoba  sposób, w jaki przedszkole zarabia na dodatkowe wydatki. Przedszkola nie są zbyt dobrze dofinansowane i mam wrażenie że wyglądają gorzej niż znajome współczesne pzedszkola z Polski. Może to znaczy, że dzieciom więcej wolno;). W każdym razie - dwa razy do roku rodzice organizują pchli targ. Ale nie zwyczajny, a na zasadzie domu handlowego. Dostarczone przez sprzedających podpisane ubrania, zabawki, buty itd. sortuje się według rozmiaru/wieku/rodzaju zabawki itp. Kupujący mogą łatwo znaleźć odpowiednie ubranka, pełen wybór. Przy drzwiach jest kasa - dyżurni rodzice zbierają "metki" z ubrań i opłaty. Z tego 10% idzie dla przedszkola. Marża dużo niższa niż w jakimkolwiek komisie, nie trzeba też stać przy rzeczach. Potem zostaje gigantyczne zadanie posortowania niesprzedanych rzeczy między właścicieli - teraz było to ponad 200 osób, niektóre miały po 4 kartony!
Słowem, mnóstwo roboty. Całą następną noc śniło mi się sortowanie ubrań. Ale dzięki temu przedszkole zarobiło 790 euro - dzieciaki pojadą na wycieczkę. A ja kupiłam więcej niż na wszystkich poprzednich pchlich targach razem wziętych. 

Przedszkole jest ewangelickie, ale nie oznacza to żadnej indoktrynacji ani zajęć z religii. Podobnie jak poprzednie, Niemieckiego Czerwonego Krzyża, nie oznaczało zajęć z pierwszej pomocy ;).

To religia powstrzymuje biednych od mordowania bogatych
Napoleon Bonaparte
 
1 , 2