o tym, jak idę
niedziela, 21 marca 2010
Evidence based medicine (medycyna oparta na faktach) - przykład z własnego życia

Czwartek i piątek byłam wściekła jak osa. Na lekarzy-laryngologów. I na siebie.

Ula od dwóch lat ma dreny w uszach (teraz kolejne).  Wszystkich pięcioro laryngologów, których z nią odwiedzałam, pytałam o kąpiel i wodę - zresztą ci, co dreny zakładali, sami z siebie przestrzegali. Że z myciem głowy bardzo uważać. A kąpiele w basenie czy jeziorze - darować sobie, o ile uszy mają wchodzić w kontakt z wodą. Jedna pani doktór powiedziała, że można zamówić specjalne korki do uszu, dopasowane, co ochronią przed wodą - ale to było tuż przed naszą przeprowadzką, a kolejny lekarz już tu stwierdził, że nie ma wystarczająco dobrej osłony.

Minęło lato i drugie - z wakacjami nad morzem no i sami teraz mamy 10 jezior w promieniu kilometra. Nasze dziecko uwielbia wodę od małego, pilnowanie, żeby nie chlapać za bardzo, żeby nie zanurzyć - udręka dla obu stron. Zero basenu. Wreszcie parę tygodni temu się zbuntowaliśmy i stwierdziliśmy, że silikonowe koreczki do uszu+obcisły czepek powinny starczyć na basenie. Ula była zachwycona. Wspomniałam o tym przyjaciółce - a ona stwierdziła, że dwójka znajomych dzieci z drenami chodzi na zajęcia na basenie. Jedno z koreczkami, a drugie bez zabezpieczeń w ogóle.

To wreszcie pogooglałam i poszukałam w Pubmedzie. I ręce mi najpierw opadły, a potem zacisnęły się w pięści. Przynajmniej od kilkunastu lat (najstarsze badania, jakie znalazłam: 1985) wiadomo, że można pływać z drenami w uszach. Mechanicznie to proste: dren to cieniutka rureczka, woda w zewnętrznej części ucha nie ma wystarczającej siły, by pokonać napięcie powierzchniowe i wcisnąć się do ucha środkowego. Chyba, że się zanurkuje głęboko. Albo do wody zostanie dodany środek zmniejszający to napięcie powierzchniowe - piana z szamponu w uchu jest groźniejsza od zamoczenia głowy w wannie czystej wody. Woda z basenu pewnie leży gdzieś pośrodku (czegóż w niej nie ma...), ale w kilku badaniach, w ktorych porównywano dzieci a)pływające bez zabezpieczeń, b)stosujące różne zalecane zabezpieczenia, c)unikające pływania w ogóle - nie było różnicy w zachorowaniach na zaplenie ucha środkowego, powikłanie, którego  staraliśmy się uniknąć nie pozwalając Uli zamaczać uszu.

Czyli lata trosk i wyrzeczeń, odmawiania dziecku - psu na budę. To raz.

Ta dwójka dzieci w Polsce trafiła na lepszych lekarzy, bardziej świadomych aktualnych trendów, niż my tutaj - plus dla polskich lekarzy :-). To dwa. Pubmed wypluwa też kilka artykułów o tym, jak to w różnych krajach lekarze dalej nakazują stosowanie osłon/odradzają pływanie, mimo dowodów na to, że to niepotrzebne - ale szczerze mowiąc, nie bardzo mi to pomaga.

Czego jeszcze nie wiedzieli, bo ostatnio opublikowane, ci cholerni laryngolodzy, to trzy.

Ale czemu nie sprawdziłam tego wcześniej (stąd wściekłość na siebie), to cztery.

Jestem okropną pacjentką, bo oczekuję od lekarza, że będziemy partnerami - tzn. to jest moje zdrowie, świetnie umiem je zrujnować, jak mamy je polepszać to razem, a ja muszę rozumieć co i po co i to akceptować) - i zwykle sprawdzam zalecenia lekarskie kierując się własnym rozsądkiem, góglem i Pubmedem. Nie łyknęłabym takich restrykcji w odniesieniu do siebie. Ale tu, gdy w grę wchodziło zdrowie Uli - tak. Dlaczego.

Zakładam, że to nie jest zwykła kwestia zmęczenia materiału ("w końcu lekarz powinien znać się na tym, co robi, to jego działka"). To raczej zupełnie na innej wysokości postawiona poprzeczka dla dopuszczalnego ryzyka. I zaufanie lekarzom w stylu "na zimne dmuchać". Przeżyłam już to przy porodzie, który przebiegał inaczej, niż chciałam. Ciąża wysokiego ryzyka + hasło "dla bezpieczeństwa dziecka"  - i mimo tego, że teoretycznie wszystko było OK, byłam w stanie zgodzić się na więcej, niż bym chciała.

Nauczka.

 

 

 

22:00, panpaniscus
Link Dodaj komentarz »