o tym, jak idę
niedziela, 18 marca 2007
Nie-by-wa-łe
Przypadkiem, jak to zwykle w blogosferze bywa, trafiłam w niezwykłe miejsce (klikacie na własną odpowiedzialność). Mam nadzieję, że to żart. Moi znajomi katolicy to w wiekszości osoby bardzo dalekie od hm... katolicyzmu ludowego, tak bym chyba nazwała zawartość tego bloga. To najbardziej zniechęcająca do katolicyzmu publikacja, jaka widziałam. Aż kusi napisać "dzięki wstawiennictwu Maryi nie uciekł mi wczoraj tramwaj". Zastanawia (o ile przyjąć założenie dobrej woli), że duchowieństwo raczej podsyca, niż przygasza tę interpretację wiary.
13:01, panpaniscus
Link Komentarze (4) »
Nie tak daleko sredniowiecza
Nie, tym razem nie o aborcji/edukacji wg LPR/homofobii Kaczyńskich.
Kupiliśmy w naszej kawiarence-antykwariacie (piszę naszej, bo przy naszj ulicy, zaprzyjaźniona, właściciel zaprasza nas nawet w niedziele, kiedy teoretycznie jest zamknięte) kilka książek-czytadeł. Między innymi "The demon in the freezer" Richarda Prestona (fragment). Jedną z moich ulubionych książek, książką, która pewnie zmieniłaby moje zycie, gdybym ja przeczytała wcześniej, jest "The Virus Hunters" amerykańskiego wirusologa Josepha McCormicka i jego brytyjskiej koleżanki po fachu Susan Fischer-Hoch. Zostałabym wirusologiem.
Preston nie jest naukowcem, tylko pisarzem i podaje wszystko polane militarno-wywiadowczo-sensacyjnym sosem; jego "Hot Zone" bardzo mi sie nie podobało. "The demon in the freezer" jest lepszy, byc może dlatego, że ten sensacyjny sos jest bardziej na miejscu: mowa o bioterrorystycznych zagrożeniach i broni biologicznej. A dokładniej, głównie o ospie.
Nie zdawałam sobie sprawy, że w ZSRR/Rosji (bo mowa o latach 1990!) funkcjonował zaawansowany program rozwoju strategicznej broni biologicznej. Wirus ospy teoretycznie był przechowywany jedynie w dwóch miejscach - w amerykańskim CDC i jeg rosyjskim odpowiedniku. Tymczasem faktycznie, to w Rosji wyprodukowano kilka ton wirusa do umieszczenia w głowicach. Prawdopodobnie wiele innych krajów prowadzi badania nad tym i innymi wirusami, które moga posłużyć jako broń.

Jesli idzie o wirus ospy, jestesmy właściwie tak samo bezbronni jak w średniowieczu. Po wystąpieniu pierwszych objawów choremu w zasadzie nie da się pomóc - to znaczy mozna mu ulżyć opieką szpitalną, ale nie ma leku, który by zahamował namnażanie wirusa. Pomaga podanie szczepionki, ale w ciągu pierwszych kilku dni po zakażeniu. Ci z nas, którzy mają na ramieniu tę brzydką bliznę po szczepieniu na ospę, też juz nie są uodpornieni - odporność wygasa w ciagu kilku lat.

Paradoksalnie, epidemia ospy - jak i każdej innej choroby wirusowej - dziś mogłaby byc groźniejsza niż w średniowieczu. Łatwość podróżowania ludzi przekłada się na łatwość roznoszenia ognisk choroby. A ospa jest niebywale zakaźna. Preston opisuje przypadek Niemca, który zaraził się ospą w latach 1960 w Indiach,tuz przed powrotem do domu. W niemieckim szpitalu, choć przebywał w izolatce, zaraził 17 osób, z których zaledwie jedna widziała go "twarzą w twarz", kilka nawet nie przebywało na tym samym piętrze co on.
A wydaje nam się, że jesteśmy tak dobrze chronieni.

Dzisiejsi lekarze w większości nie zetknęli się z przypadkami ospy - także nawet trudno by im było postawic prawidłową diagnozę. Nie mamy szczepionek (po co, jesli choroba nie istnieje?). Wreszcie, ufamy medycynie. Wszak tyle potrafimy dzis zrobić, wyleczyć tyle beznadziejnych przypadków - zwłaszcza w przypadku chorób wywoływanych przez bakterie i wirusy. Tak jak paradoksalnie informacje o tym, że HIV daje się dość dobrze kontrolować, zwiększyły liczbę nowych zakażeń - bo ludzie przestali rezygnować z ryzykownych zachowań. W naszym czystym i spokojnym świecie większości osób choroba i śmierć wydaje się czymś odległym i nie dotyczącym ich bezpośrednio, statystyki dotyczące używania prezerwatyw i choćby przypadek Simona Molla dobrze to pokazują. A przecież opócz HIV jest np. zapalenie wątroby typu B, C - oba się lepiej przenoszą niż HIV.

Wciągnęła mnie ta sensacyjna książka. przez moment poczułam ukłucie znajomego strachu - moje dzieciństwo to czas wszechobecnej propagandy (anty)wojennej. Jestem pewna, że nie tylko ja jako dziecko bałam się bomby atomowej. To musiało być gdzieś w 1983-1984, pamiętam, że zaczęłam się bać odgłosu przelatujących samolotów i wreszcie zwierzyłam się mojej mamie ze swojego strachu, onwa powiedziała jedno kojące zdanie: nie martw się, w razie czego tak szybko wyparujemy, że nic nie poczujesz. Wtedy pomogło. Na ospę nie bardzo pomaga. Ale w sukurs przychodzi świadomośc: w ten sposób żyjemy bardziej jak nasi przodkowie. Znika iluzja silnej kontroli nad otoczeniem. Niebezpieczeństwo czai się tam, gdzie go się nie spodziewamy, nie wyobrażamy nawet. Akceptacja niemożliwości kontroli bardzo uwalnia. No i ułatwia docenianie tego, co mamy.

12:57, panpaniscus
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 13 marca 2007
Róbmy swoje czy "to nie ślina, to deszcz pada".
Odwiedzili nas dawno nie widziani znajomi. Bardzo ciekawi ludzie, robią mnóstwo fascynujacych rzezy, prowadzą bardzo interesujące życie w ciekawym miejscu.

Rozmawialiśmy o kupowaniu ziemi, o budowaniu Domu. Od lat chodzi to za mną i za K., tłumimy to uczucie, bo jak to, jesli nie wiemy co i jak; rodziców mamy w większości z tych, co to "w błocie się grzebać nie będą", więc zawsze na ten nasz pomysł sie krzywią, próbują odstraszyć, że sie nam znudzi, że uwiązanie itd. Lata płyną, a we mnie pożądanie własnego kawałka łąki, własnego drzewa i ławeczki pod nim, wlasnego podwórka do odsnieżania tylko rośnie.

Uważam, że zwykle jesli się człowiek na coś prawdziwie decyduje, to mu to się uda - o ile jest to jego priorytet. Wierzę, że - pewnie nie w naszym zawodzie - ale byśmy sobie spokojnie dali radę, gdybyśmy zdecydowali wrócić do Polski i ten Dom mieć, nawet żyjąc w głuszy.

Tyle, że znajomi oprócz fascynujących historii o swoim życiu, swoich zainteresowaniach i pracy, przywieźli też inne opowieści.
Za miejsce, w którym żyją, za ciężką pracę, którą wykonują, płacą dość wysoką cenę. Muszą znosić wrednych, chamskich, prostackich ludzi. Traktowanie, jakby byli niewolnikami, a nie ludźmi. Nie tylko przez bezposrednich przełożonych, ale i współpracowników. Torpedowanie ich samodzielnych pracowych przedsięwzięć, rzeczy które robią dla dobra ogółu i za darmo. Itd. Widzą, co się dzieje z tymi, którzy próbują się przeciwstawić systemowi - są niszczeni. Niby jedną z cech tego środowiska jest totalne skłócenie wszystkich ze wszystkimi, ale kiedy znajdzie się ktoś, kto zanadto wystaje - jednoczą się, żeby go unicestwić.

Oni się zdecydowali. Znoszą to, starając sie jak najmniej przjemować i robić swoje. Bardzo ich podziwiam.
Bo ja czuję całkowity wewnętrzny sprzeciw!
Nie umiałabym; a raczej, raczej nie godzę, nie chcę się godzić na płacenie takiej ceny. Z jednej strony - to pięknie umiec robić swoje - z drugiej strony - jesli wszyscy się godzą na takie życie, to lepiej nigdy nie będzie. Różni ludzie mają róznie ustawione poprzeczki. Może też, akurat ci znajomi dośc mocno zostali dotknięci przez zycie w młodości - może dla nich łatwiejsza jest ta mocno dojrzała perspektywa, w której są w stanie ignorować, to co dla mnie jest pluciem w moją twarz.
Jestem idealistką? Nie do końca. Wydaje mi się, że nie żądam niemożliwego. Bo byłam gdzie indziej i widziałam, że MOŻE BYĆ INACZEJ.

I to jest jeden z dwóch głównych powodów, żeby nie wracać do Polski. Bo to nie jest jedyne miejsce, które tak funkcjonuje; identycznie postępujących ludzi, hipokryzję do sześcianu, bezdusznośc, zawiść itd. można znaleźć niestety nie tylko na tym jednym wydziale tego jednego uniwersytetu.

Drugi mozna podsumować krótko, za dzisiejszym Dużym Formatem: religia w przedszkolu.
niedziela, 11 marca 2007
"niemcy"
Mam znajomego Niemca, który świetnie mówi po polsku. Wśród przyjaciół krąży historyjka o tym, jak to pod koniec kilkunastominutowej rozmowy o możlwiościach zarobkowania tłumaczeniem z niemieckiego i na niemiecki pewna pani tłumacz przysięgły z niemieckiego spytała się go "A po niemiecku to dobrze pan mówi?".
Niedawno znajomy zwiedzał Muzeum Powstania Warszawskiego. Forma ekspozycji bardzo mu sie podobała. Dołączył do grupy oprowadzanej przez jednego z przewodników-wolontariuszy. Od razu na początku usłyszał, że Dobrze, że tu nie ma Niemców, to mogę państwu spokojnie opowiadać. Przez cały czas przewodnik konsekwentnie mówił o komunistach, Sowietach - i Niemcach.
Bolało.
Co mu mogłam powiedzieć - tylko tyle, że moja babcia, która była w Powstaniu, po wojnie miała przyjaciół-Niemców.
21:51, panpaniscus
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 08 marca 2007
Lekcja logiki
Problem:Polska ma ujemny przyrost naturalny. Polki rodzą najmniej dzieci.

Powód: Dziecko to olbrzymie obciążenie finansowe, a urodzenie dziecka dodatkowo zmniejsza szansę na zdobycie/utrzymanie pracy. Wsparcie państwa dla rodzin z dziećmi jest kiepskie. W jeszcze gorszej sytuacji są rodzice (głównie matki) samotnie wychowujące dzieci.

Rozwiązanie: zamknąć żłobki, które umożliwiają niezbyt zamożnym rodzicom pracę zawodową. Nakazać matkom siedzieć kilka lat w domu (a co tam, tylko zwiększy to ich szanse na rynku pracy, jak zechcą wrócić), nawet jeśli jest to niekorzystne dla matki i dziecka.

****
Ta osoba, Sobecka czy jak jej tam, to przykład mentalności niewolnika. Choć z drugiej strony, może to mistrzowskie posunięcie w stylu Giertycha. Nieważne, co mówią, byle mówili. No tak się zezłościłam, że mam pianę na ustach i tylko przekleństwa w głowie.
16:38, panpaniscus
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2 , 3