o tym, jak idę
poniedziałek, 21 marca 2005
Wasilij Ażajew – „Daleko od Moskwy”.
Kiedyś pisałam wiersze

Bardzo lubię niektóre rodzaje kiczu, na przykład socrealizm. Z niezdrowymi wypiekami pochłaniałam po raz pierwszy Poemat pedagogiczny. Jak pisałam wczoraj, zwłaszcza wtedy, gdy moja osoba staje się krucha i niepewna, jedynie słuszne racje, oczywisty sens zycia, marksistowska dialektyka i waląca pięścią w nos prostota rozumowania staja się atrakcyjne. Atrakcyjne - w sensie, że miło poczytać, potęsknić do nieskomplikowanego umysłu i łatwych objaśnień wszechświata. Mój hit:

Wasilij Ażajew – powieść „Daleko od Moskwy”. Rzecz się dzieje podczas wielkiej wojny ojczyźnianej. Bohaterami powieści są inżynierowie – budowniczy rurociągu. Główny bohater, Aleksiej Kowszow, raniony na froncie, po kuracji - zostaje oddelegowany na dalekie zaplecze. Długo nie może się otrząsnąć i prawdziwie zaangażować w budowę – jego żona walczy z faszystami i on również chciałby wrócić na front. Tymczasem strategiczna budowa na Dalekim Wschodzie powinna być postrzegana jako wysiłek równy z frontowym, zwłaszcza, że sam Stalin uznał ją za cel priorytetowy. Zadanie jest niebylejakie: oto w ciągu roku, zamiast zaplanowanych kilku lat, trzeba przeprowadzić rurociąg przez kilkaset kilometrów tajgi. Budowniczy zmagają się przede wszystkim z członkami poprzedniej, odsuniętej ekipy, która uważała tak krótki termin budowy za niemożliwy do dotzrymania, zwłaszcza w zastancyh warunkach. Ci przeciwnicy to głównie oportuniści i malkontenci, ludzie którzy bardziej wierzą zagranicznym podręcznikom inżynierskim niż radzieckiej praktyce. Niesłusznie – oto można zmienić przebieg rurociągu, przenosząc go na drugi brzeg rzeki, „wielkiego i rozległego Adunu –naszego ojczulka”, a samą budowę przyspieszyć licznymi socjalistycznymi racjonalizatorskimi pomysłami. Zamiast zakopywać rurociąg na 2 metry – wkopać na 1 i usypać metrowy wał ziemi nad nim. Oczywiście budowa żyje współzawodnictwem pracy, indywidualnym i pomiędzy odcinkami. Osobą ważną na równi z kierownikiem budowy jest jej partorg.

Wrogami budowy są też „gorsi od faszystów” rozsiewający plotki o wzięciu Moskwy czy inwazji Japończyków. Wreszcie, są też i prawdziwi sabotażyści – były kryminalista, szantażujący zreedukowanego robotnika, oraz zepsuci i zaprzedani wrogowi inteligenci. Na szczęście łatwo rozpoznac wroga – radzieccy ludzie piją spirytus, a wrogowie socjalizmu – wino. Walka jest zawzięta i są ofiary. Na szczęście po stronie socjalizmu stoją takie osoby jak Tania Wasilczenko, która wraz z grupą komsomołców, kilkunastoletnich dzieciaków, przeciąga gołymi rękami podczas zimy (śnieg, temperatura poniżej 30 C mrozu) wzdłuż kilkusetkilometrowej trasy linię telefoniczną. Wśród setek budowniczych, niedostatecznie zaopatrzonych w odzież, urządza się zbiórkę ubrań dla żołnierzy, a niektórzy oszczędności całego życia oddają na budowę czołgu.

Aleksiej jest wzorem radzieckiego mężczyzny: oto pierwszego dnia na budowie, jak co dzień „wyskoczył z poscieli w samych spodenkach, poszedł do okna, otworzył je szeroko i zacżął się gimnastykować. Mięśnie napinały się pod brązową od opalnizny skórą” nic dziwnego, że zaczyna pałać od niego wielką sympatią Żenia. Gdy, wierny żonie, Aleksiej odrzuca jej awanse, Żenia sublimuje płoche myśli w pracy komsomolskiej. Najbujniejszy wątek romantyczny to surowy romans Tani i naczelnego inżyniera, Beridzego. Ale najdonioślejszy moment w życiu głównego inżyniera to, odkładane do tej pory, wstąpienie do partii.

Przyroda jest wrogiem, przeciwnikiem do ujarzmienia i okiełznania. Miejscowi ludzie, Niwuchowie są przedtstawieni jako dobrotliwi, nieco naiwni i małorozgarnięci, ale całym sercem, żarliwie oddani idei radzieckiej, „bracia mniejsi”, mówiący łamanym rosyjskim.

Aleksiej –podobnie jak wielu współpracowników - przechodzi w trakcie budowy przemianę duchową, staje się dojrzałym radzieckim obywatelem, a w nagrodę jego żona odnajduje się na froncie. Malkontenci i oportuniści nawracają się na dobrą drogę. Należy jednak pozostać czujnym, bo wróg czuwa.

Słowem – wierny opis, tylko z takiego zbliżenia, że drutów kolczastych nie widać.


09:27, panpaniscus
Link Komentarze (5) »
niedziela, 20 marca 2005
Miało być o powieści "Daleko od Moskwy"

..ale niestety zostawiłam wczoraj wieczorem pisaną notkę w domu.
Przez wiele lat - długi czas mojego dzieciństwa - byłam bardzo niezdrowym czytelnikiem. Książki były ucieczką. Śmiali się ze mnie, że mogłabym czytać nawet nalepki na dżemie. Do dziś, gdy coś się ze mną dzieje, uciekam w książki. Moje nerwowe rozglądanie się po półkach jest pierwszym sygnałem kryzysu. Bo zwykle sięgam wtedy po czytane wielekroć książki. Wyszukuję coś, co odpowiada mojemu nastrojowi. Dlatego dziś koniecznie Opowieści odeskie Babla, a w chwilach kompletnej destrukcji krzepiący Makrenko. To nie muszą być dobre książki. Czytam szybko, zawsze mogłam sobie pozwolić na czytanie również kiepskiej literatury. Czytam zachłannie. Za kazdym razem odkrywam coś nowego. Moje czytanie w takich momentach ma w sobie więcej z alkoholizmu czy wstydliwych spotkań z prostytutkami. Choć czasem opowiadam o emocjach wynikających z czytania. Naprawdę ważne są emocje, które czytanie pozwala mi ukryć.
Czytanie to akceptowany społecznie nałóg. Dzieci mogą weń wpaść z aprobatą rodziców.
18:53, panpaniscus
Link Komentarze (4) »
piątek, 18 marca 2005
U Lonely Star ...

..parę dni temu dyskusja o tym czy aby na pewno kobiety sa winne gwałtom, a w dzisiejszej wyborczej jest omówienie sondażu wśród młodzieży, między innymi o przemocy seksualnej.

Prof. Izdebski: - Po raz pierwszy zobaczyliśmy u nas taką skalę zjawiska. W moich badaniach z 1997 r. tylko 16 proc*. ankietowanych przyznało: tak, byliśmy molestowani. Do pewnego stopnia to wynik lepszej metody. Pytania były konkretne, by uniknąć sytuacji z poprzednich badań, kiedy okazało się, że nastolatek nie postrzega przemocy jako przemocy. Niektóre dziewczyny, kiedy chłopak się zagalopował i wymusił seks, kwitowały to stwierdzeniem, że "tak bywa na randce".

*Jak się dowiedzieliśmy, łączna liczba molestowanych w Estonii (tam badania zakończono) była identyczna (34 proc.), ale zgwałconych było trzykrotnie mniej niż w Polsce - 6 proc.

Kwestia społecznego przyzwolenia w niektórych grupach (no bo nie wyobrażam sobie czegoś takiego wśród moich znajomych). Ról męskich i damskich. Przedmiotowego traktowania kobiet. Od początku, więc same siebie (i inne kobiety) też tak traktują.

No ale jak szanować kogoś, kto udowadnia, że "on tak musi". Kogo nie stać na świadomy wybór swojego zachowania. To z tej samej kategorii, co mężczyźni uzasadniający swoją niewierność (i jednoczesne wymaganie wierności wobec kobiet) ewolucyjnymi historiami. Do cholery, na tym między innymi polega bycie człowiekiem, że mamy świadomość własnych uwarunkowań.

Dopisek późniejszy: K. o tej notce: "Że co zrobił chłopak? zagalopował się i ...wymusił seks ?  Za-ga-lo-po-wał się ?"
Tu nawet język  profesora Izdebskiego trzeba zmienić...

17:21, panpaniscus
Link Komentarze (4) »
Niespodziewane rozwiązania
...no więc nieco się zmieniło. Nagle decyzja absurdalna już nie wygląda tak absurdalnie - bo zamiast całkowitej zmiany miejsca pobytu wygląda na to, że zmienię się w Wiecznego Tułacza. Z dwoma domami, oddalonymi o 800 km, w jednym 9 dni w miesiącu, w drugim reszta. Plus 18 godzin w pociągu. W ten sposób rozwiązują się problemy ubezpieczeniowo-finansowe w stopniu bardziej niż zadowalającym. W ten sposób mam nadzieję pielęgnować pozytywne podejście do pracy, które zrodziło się zaraz po tym, jak przestałam odczuwać - wywieraną głównie przez siebie - presję. Z powrotem jestem zafascynowana i już nie uważam, że się nie nadaję. W tens sposób jesetm również niezależna i moge robić drugą rzecz bez względu na to, czy będą na niea pieniądze czy nie. Tylko czy nie umrę od tych przeprowadzek ciągłych. Jak ja się cieszę!!!
16:19, panpaniscus
Link Dodaj komentarz »
środa, 16 marca 2005
..jeszcze o ucieczkach

[..napisane kilka lat temu]
Spotykaliśmy się przypadkiem, po długim błądzeniu w szeregach zrujnowanych domów, po wyczerpującym przemykaniu się między zwałami gruzu i porzuconymi samochodami.     Jak większość ocalonych, baliśmy się bezwzględnych rabusiów, mogących wydrzeć nam owoce długich poszukiwań, ale jeszcze bardziej coraz liczniejszych nawiedzonych. Ci, wierząc, że wszystko, co nastąpiło, było karą bożą, chcieli nawracać za wszelką cenę; nie przystąpienie do nich groziło śmiercią, zwykle okrutną śmiercią przez ukamienowanie.          Wpadaliśmy na siebie w bibliotekach i sklepach ogrodniczych. Spotkawszy się tam, nie mieliśmy wątpliwości co do intencji drugiej strony; inni rozbitkowie nigdy tu nie zaglądali. Razem już szykowaliśmy się do opuszczenia miasta, razem gromadziliśmy niezbędne przedmioty i dyskutowaliśmy listy potrzebnych książek; co jakiś czas ktoś do nas dołączał po znalezieniu w bibliotece na regale z książkami rolniczymi wiadomości o miejscu naszego pobytu.
    Wszyscy mieliśmy w głowach plan działania i po tygodniu od katastrofy mogliśmy świetnie zorganizowani wyjechać na prowincję. Przecież nim się spotkaliśmy, każdy z nas przeżywał sam tę sytuację dziesiątki razy. Różne były katastrofy: wojna jądrowa, szczep bakterii czy wirusów, z którym nie potrafili sobie poradzić lekarze całego świata, a na który przypadkiem byliśmy oporni, niewyjaśniony kataklizm kosmiczny. Istotne, by jak w Dniu tryfidów, książce, którą każdy z nas miał na półce, katastrofa obejmowała cały świat i nikt nie mógł nam przyjść z pomocą.

Potem zaczęliśmy się spotykać w miejscu specjalnie na wypadek katastrofy umówionym; zmieniała się też okolica, w której zamierzaliśmy osiąść po wyprowadzce z miasta. Już nie były to góry – zbyt nieurodzajna tam i trudna w uprawie ziemia - a raczej pogórze.

Doszliśmy do dużej wprawy w rozpoznawaniu osób, z którymi należało rozpoczynać świat od nowa; zdradzał je tytuł książki czytanej w autobusie, miejsca wakacyjnych wypraw.

Było nas coraz więcej. Coraz trudniej było wymyślać katastrofy, a ciągle zmieniany scenariusz stawał się coraz mniej prawdopodobny. Zaczęliśmy myśleć o stworzeniu kilku osobnych osad, różnice światopoglądowe, dotąd niemal nieistotne, sprawiały, że kłóciliśmy się ze sobą godzinami. Niektórzy zaczęli przebąkiwać, że trzeba spełniać jakieś dodatkowe warunki, żeby z nami mieszkać. Paweł w swoim opowiadaniu zmieniał imię głównej bohaterki przy każdej nowej dziewczynie.

Niektórzy zaczęli się wycofywać w baśniowe światy krasnoludów, elfów i czarodziei. Godzinami tworzyli światy niemożliwe do spełnienia, gdy ten nasz wspólny wydawał się na wyciągnięcie ręki, przecież od najwcześniejszych lat byliśmy karmieni opowieściami o arsenałach broni, relacjami z pomniejszych konfliktów i wojen. Przecież mieliśmy ćwiczenia z PO, wiedzieliśmy, że stacje metra są schronami, a w przejrzałe dni końca sierpnia nawiedzało nas przeczucie zbliżającej się wojny. A świat wokół wydawał się tak niesprawiedliwy, absurdalnie niesprawiedliwy i na opak; każde dobro mogło być z łatwością wyparte przez zło, jedno jadowite słowo potrafiło niszczyć dobre i spokojne życie.
    Zupełnie nie było dla nas miejsca. Nie pytano nas się o zdanie zanim się urodziliśmy; a potem za pomocą sprytnej sztuczki, instynktu przetrwania, zostaliśmy przykuci do istniejącej rzeczywistości. Każdy z nas próbował przekonywać otoczenie, że powinno być inaczej, ale nikogo to nie obchodziło; tak zupełnie nie było szczeliny, by rozsadzić mur, że jedynym wyjściem wydawała się katastrofa.

W dzieciństwie wszyscy zaczytywaliśmy się w Tajemniczej wyspie i Robinsonie Crusoe, dziwiąc się, dlaczego bohaterowie tych książek tak bardzo chcieli powrócić do cywilizacji.

My układaliśmy utopijne kodeksy praw, jakimi miałoby się rządzić społeczeństwo; chodziliśmy na demonstracje i wydawaliśmy gazetki propagujące nasze idee.          Zastanawialiśmy się, jakie obowiązki ma człowiek wobec zwierząt i Ziemi. Niektórzy popadali w fanatyzm, zachowując się śmiesznie i szalenie. Sprawiało to, ze ludzie zwykle stukali się w głowy lub pobłażliwie uśmiechali na nasze propozycje. Coraz bardziej irytowało mnie, że nic nie umiemy naprawdę zrobić. Spędzaliśmy życie przeczekując nieodpowiednie czasy, układając plany na przyszłość, która nie chciała przecież przyjść. Nie tylko ja tak czułam, rozsypało się to nasze towarzystwo.

Ktoś został wiecznym studentem, ktoś założył rodzinę i zaczął pracować w urzędzie. Ktoś został działaczem Zielonych, chyba pozostał najbliżej naszych korzeni. Ale protestuje przeciw elektrowniom atomowym, a my przecież mieliśmy nie tylko budować świat na gruzach cywilizacji, mieliśmy też lecieć w kosmos, zdobywać nowe galaktyki, spotykać obce cywilizacje, niespodziewanie dostawać nagrody Nobla i wynajdować lek na raka.

Większość z nas jest szczęśliwa, choć nie znam nikogo, kto by się zasymilował. Jedna dziewczyna skoczyła z piętnastego piętra, ale to jakaś historia miłosna. Kilkoro z nas chodzi regularnie do psychiatry. Nie więcej niż w żadnej innej grupie społecznej, jak sądzę.


16:59, panpaniscus
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6