o tym, jak idę
czwartek, 13 grudnia 2007
"Katyń"
Widziałam wczoraj. K. odmówił, bo twierdzi, że za bardzo go bolą takie filmy. Rozumiem go - nie byłam w stanie się zmusić do obejrzenia Pianisty czy Listy
Schindlera; nigdy nie zdecydowałam się na zwiedzenie Majdanka czy Oświęcimia, nawet na organizowanych wycieczkach pozostając w szatni.
Na Katyń się zdecydowałam - bo to część historii mojej rodziny. Nadzieja babci na odnalezienie ojca, która jeszcze się tliła w latach sześćdziesiątych - mimo, że pradziadek był na tej pierwszej liście.
Najpierw może pozytywy. Pierwszy raz w życiu zdałam sobie sprawę, że to nie tylko zginął tata mojej babci - a ona była ukochaną córeczką tatusia, dziewiętnastolatką w koflikcie z matką w chwili wybuchu wojny  - że zginął też mąż mojej prababci.
Film jest lepszy, niż sie spodziewałam. To znaczy - ja nie lubię Wajdy, jego bohaterowie są dla mnie zwykle papierowi, są wyabstrahowanymi ideami a nie ludźmi. Efekt jest dla mnie mało strawny, pompatyczno-nachalno łopatologiczny. Nie inaczej jest i w Katyniu. Jedyne postaci, które wzbudzały moje zainteresowanie to sowiecki major (?), wysyłany na fiński front i ciemnowłosa siostra lotnika, może jeszcze służaca Stasia. Generałowa, żona profesora i jego synowa, jasnowłosa siostra lotnika - to esencja wyobrażeń o tych przedwojennych żonach oficerów. Wreszcie samobójstwo ocalałego majora - budzi we mnie głównie złość na scenarzystów i wydaje mi się niespójne z tą postacią.

Dlaczego zatem lepszy, jeśli jest to, czego w Wajdzie nie lubię? Bo podobała mi się konstrukcja, propaganda sowiecka przeciwstawiona propagandzie III Rzeszy, profesorowie wywiezieni do Sachsenhausen i oficerowie do Kozielska/Starobielska.

Ogólnie - film wydaje mi się bliższy wizji historii Polski propagowanej przez zwolenników czarno-białych podziałów, niż ludzkiej prawdy.
10:22, panpaniscus
Link Komentarze (6) »