o tym, jak idę
piątek, 29 grudnia 2006
Urodziny
..od dziś zmieniasz sobie sama pieluchę, duży dzidziusiu - powiedział rano K., gdy jak codzień Ula skakała po nas, usiłujących się obudzić albo lepiej jeszcze, pospać.

Przez ostatnie dni dzidziuś zaczął jeść na potęgę, jakby chciała odrobić chude dni biegunki/wychodzących zębów/kataru do kolan. Dziś na kolację zjadła cztery pierogi i spory kawałek urodzinowego ciasta z jabłkami:)).

Acha, no i nie ma co nam zazdrościc: snieg spłynął, nim zdążyliśmy wypróbować sanki - nic dziwnego, gdy na dworze zdecydowanie powyżej 0.
22:10, panpaniscus
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 28 grudnia 2006
My, mamy córek

Trafiłam przypadkiem na artykuł "What's wrong with Cindrella?" w New York Timesie o biznesie, który się kręci dzięki naszym córkom. Moim - trochę na wyrost, bo jedna Ula na razie woli szczypki do bielizny i cebulę od lalek i innych "zabawek na wyrost". Autorka porusza w nim ciekawą dla mnie kwestię, jakie wzorce promować, a jakie ignorować lub starać się uczynić mniej atrakcyjnymi, no i jakie moga byc tego skutki.
Z jednej strony - Kopciuszek, czekajacy na księcia z bajki (a wcześniej głupio i beznadziejnie zupełnie posłuszny macosze i przyrodnim siostrom), czy Śpiąca Królewna - to nie są najlepsze wzorce. Ja tam wolałabym, żeby moja córka umiała sama dbać o siebie, żeby ceniła siebie niezależnie od tego, jak wygląda i czy ktoś ją lubi, czy nie.

Z drugiej strony - i to właśnie podnosi autorka - w sytuacji, gdy "Księżniczki" to główny nurt dziewczyńskiej mody, zabaw, gadżetów- może nie warto zbytnio dezawuować ich postaci? Może kierowanie uwagi córki na inne postaci, niechęć do tych ikon kobiecości - wytworzą w niej poczucie, że niedobrze jest być kobiecą? Że lepiej, żeby ona (w odróżnieniu od koleżanek poprzebieranych za księżniczki) nie była kobieca?

Muszę przynać, że bardzo do mnie to przemówiło. Po pierwsze, pamiętam dobrze mój żal do mamy, kiedy na kolejnym balu przebierańców miałam kolejne nietuzinkowe przebranie - a to za kasztana, a to za kotka itd. Ja chciałam byc księżniczką, co z tego, że zdaniem mamy nie było warto, gdyż księżniczek były dziesiątki.

Po drugie, trafiło to właśnie w czas moich przemysleń pt. co zrobić, żeby uniknąć błędów, które popełniali moi rodzice, nie popełniając gorszych. Czyli - że ważne są nie objawy, to, co widziałam i czułam jako dziecko, a ich głębokie przyczyny. Oraz jak pomóc dziecku budować swój obraz świata, jednocześnie nie zatruwając go zbyt mocno żadną ideologią.

Poza tym, to tylko mi się wzdychało - trzecia fala feminizmu.

Teraz pomyslałam: a może właśnie wyzwalanie od odrodzicielskiej ideologii pomaga w samookreśleniu, w odkrywaniu i tworzeniu siebie?

W każdym razie, temat księżniczek itp. - do ponownego przemyślenia.

22:02, panpaniscus
Link Dodaj komentarz »
Rok temu...
Rok temu też padał śnieg. Nie widziałam tego, zmęczona i obolała całym dniem rodzenia Uli, starałam się wykorzystać osłabienie skurczy i zasnąć.

Rok temu zupełnie nie potrafiłam sobie wyobrazić tego roku. Jak wyobrazić sobie kogoś, kogo jeszcze nie ma.

Rok temu stawałaś się dla mnie dopiero.

Rok temu, rano w czwartek - za trzy dziewiąta - kiedy czułam, jak twoje ciałko ze mnie wychodzi - stałaś się. Tak naprawdę dopiero wtedy w Ciebie zupełnie uwierzyłam, kiedy byłaś konkretną osobą.

Rok temu widziałam Cię po raz pierwszy, po raz pierwszy przytulałam, wszystko od tamtego momentu było po raz pierwszy, bo po raz pierwszy z Tobą.

To w sumie śmieszne, bo niby tyle się zmieniło, tak bardzo się zmieniło, a w srodku we mnie jest ta sama Ania.

Wszystkiego najlepszego, córeczko.

21:37, panpaniscus
Link Komentarze (1) »
Mamy
Jeszcze zanim poczułam to miękkie, niczym nieosłonięte miejsce w mojej osobie, którym jest Ula - jej bezpieczeństwo, zdrowie, szczęście - jak zaczarowana wracałam na blogi Mam, którym trudniej. Które oprócz porcji normalnych, codziennych przejęć i zastanowień ("czy dobrze ją ubrałam, czy się nie przeziębi", "czy babcia ją nakarmi", "jak da sobie radę z innymi dziećmi") zmagają się z chorobą dziecka i tym, co jej towarzyszy. Dają sobie radę z utrudnieniami codziennego życia, niezrozumieniem otoczenia, z niepewną, nieznaną i do wymyślenia przyszłością, z medycyną, edukacją i jej pracownikami, no i z cierpieniem dziecka.

Nie chcę sobie wyobrażać siebie w takiej sytuacji - Uli w takiej sytuacji. Myślę, że podobnie jak te niezwykłe i dzielne Osoby, dawałabym radę - bo nie miałabym wyjścia. To takie bohaterstwo bardzo mimo woli.

Czasem ryczę, jak czytam wpisy. Czasem ściska mnie w środku, że nie ma czarodziejskiego sposobu, cudu, żeby pomóc. Zwykle zastanawiam się, jak bardzo dużo to wszystko wymaga od rodzica. Trzeba się tyle nauczyć, tyle zrozumieć - z rzeczy najtrudniejszych dla mnie, bo o życiu, o byciu z kimś, o tym, co istotne i co ważne, jak czuć i wspierać, jak się nie zagubić w tym wspieraniu. A ja mam tyle problemów z dużo prostszymi rzeczami.

Nie umiem reagować w sytuacjach, kiedy spotykam takie osoby. To znaczy, teoretycznie mam wszystko przemyślane, to rodzic, taki jak i ja, pewnie chciałby, żeby dostrzegać w nim po prostu rodzica i człowieka, ma dziecko, które kocha i o które się troszczy, chciałby dla niego normalnego, jak najnormalniejszego dzieciństwa, żeby dostrzegała w nim dziecko, a nie chorobę.

Padam na stronie praktycznej. Może to kwestia mojej dużej teraz alienacji, dosłownego braku języka w gębie. Ale tkwi we mnie też głupi lęk, że jakoś inaczej to, co robię, zostanie odczytane. Głupi, no bo głupi, najwyżej, przecież kto tam by rostrząsał takie rzeczy. Ale jednak - mówię Uli, żeby pomachała do chłopca, który siedzi w wózku, ma duże kłopoty z koordynacją, ale wyraźnie się cieszy na widok gibającego się dzidziusia, Ula tez się cieszy, bardzo lubi dzieci, jak nawiązują z nia kontakt wzrokowy, to aż ja skręca. A w środku - bezsensowne przejmowanie się, czy tacie chłopca nie będzie przykro. Coś bym powiedziała, ale nie umiem na tyle szybko sklecic czegoś moim niemieckim.
Może to objawy czegoś głębszego, co ma związek z moją ostatnio kiepską formą.

A wszystkim Mamom ślę dobre myśli i widok zza naszego okna - spadł dziś śnieg, puszysty i biały, prawdziwy śnieg.

21:09, panpaniscus
Link Dodaj komentarz »
Poglądy
Taka szybka myśl nie wiadomo skąd: ciekawe na kogo głosuje moja polonistka z liceum, ta, która uwielbiała romantyzm (polską literaturę międzywojenną omawialismy szybko, szybciutko w maturalnej klasie, powojenną polizaliśmy przez szybkę).
Rok z Mickiewiczem.
I komentarz do filmu "Europa, Europa" A. Holland: Jak tak można, robić wszystko, żeby przeżyć.
Z kilkunastoletniej perspektywy, to dziwne - to my powinniśmy być idealistyczni, w biało-czarne paski.
Poza tym, to dobra kobieta. Męczyła się z nami.
20:34, panpaniscus
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3