o tym, jak idę
piątek, 30 listopada 2012
O pomaganiu

W sklepach co już od dwóch miesięcy prawda świąteczne dekoracje, regały wypełnione christmas pudding i minced pies po korzystnej cenie (podobno te z Waitrose wyjątkwo nieudane w tym roku, donosił na początku listopada znajomy) ale wreszcie – wreszcie w niedzielę Pierwszy Adwent. Dziś wyciągnęłyśmy z garażu uwite w poniedziałek wieńce, reszta iglastych gałęzi (zapewne ku zadowoleniu sąsiadów, którzy nie muszą płacić za wywóz ogrodowych odpadków) tkwi w wazonie.  I wzbiera we mnie fala ambiwalencji – bo sezon na pomaganie w pełni.

Ruszyla Szlachetna Paczka i sto innych akcji. Tu, tam i owam. Paczki w pudełkach po butach dla dzieci z mołdawskich i ukraińskich domów dziecka w szkole. Children in need itd. Niemiecki sezon wystartował jeszcze wcześniej, bo tematycznie z okazji św. Marcina.

Ambiwalentne – bo takie pomaganie jest trudne. Bo zawsze wolałabym dawać wędkę nie rybę. Bo wiem, że często bardziej dojmujący niż brak zimowej kurtki jest brak poczucia godności i docenienia. Rybą można napiętnować, można zdemoralizować, można upokorzyć i zawstydzić.

I odłóżmy na bok rozstrząsny na ematce (chyba popełnię jakiś wpis o tym forum, bo to niezwykły fenomen) problem zgłaszania się po pomoc, choć się jej nie potrzebuje/nie zasługuje oraz rozstrząsanie czy ludzie mają prawo prosić w dziale “wymarzone” o gry komputerowe dla dzieci albo Hello Kitty.

Dawanie pomocy absolutnie nie jest jednostronne, wiem, że tak naprawdę w jakimś stopniu pomagam bo miło mi się czuć przed sobą szlachetną i szczodrą. Chciałabym być pewna, że zawsze jest to też jak te ewangeliczne ręce co o sobie nie wiedzą, albo jak śpiewa moja córka “Sankt Martin gibt den halben still,
der Bettler rasch ihm danken will.
Sankt Martin aber ritt in Eil
hinweg mit seinem Mantelteil”.*

 Ale głowna przyczyna mojej ambiwalencji to, że  pomaganie odsuwa uwagę od systemowych rozwiązań, leczy skutki zamiast przyczyn. Jak moja reakcja na reklamę fundacji wspierającej bezdomnych uczniów – to bardzo pięknie, że fundujecie im stypendia, ale dlaczego W OGÓLE macie bezdomnych uczniów. Teraz rozumiem niechęć książkowych socjalistów do tzw. dobroczynności.

No ale, ambiwalentna. Bo nie chcę być LutekCałyŚwiatNaMojejGłowie. A po drugiej stronie tej ambiwalencji są ludzie, potrzebujący.

 * w bardzo wolnym tłumaczeniu: św. Marcin daje żebrakowi połowę (płaszcza), żebrak spieszy się by mu podziękować, ale św. Marcin pośpiesznie odjeżdża ze swoją połową płaszcza.

21:28, panpaniscus
Link Komentarze (2) »
czwartek, 22 listopada 2012
Znowu narzekam czyli o przedszkolu

Starsza spędziła swe przedszkolne lata w miejscach, gdzie uważa się, że przedszkole jest od bycia z innymi ludźmi, socjalizacji, przygód i przyjaźni. Nauka jeśli to ostrożnie i niechcący, pięciolatki liczby do dziesięciu. Ale wyprawy do lasu i nad jezioro (no dobra, wyprawy to za duże słowo, bo nad jezioro z przedszkola 500m), wycieczki na rynek na lody, budowanie sceny w przedszkolnym ogródku, większość czasu spędzana na dworze. Warunki - jak na polskie pojęcie o RFNie baardzo przeciętne, ale ludzie o złotym sercu i pasji do pracy z dziećmi. Rodzice i nauczyciele zaangażowani w zdobywanie dodatkowych środków - wymagający olbrzymiego nakładu pracy pchli targ, ktoś załatwił za darmo drzewo z nadleśnictwa do dodatkowych urządzeń w ogródku, kilku ojców instalowało altankę itd. Zabawek niedużo, sporo w stylu Montesori, albo waldorfskim - drewniane, filcowe.

Moja córka ma stamtąd kilka bardzo ważnych przyjaźni, wiarę w ludzi i siebie, poczucie niezależności, sprawność i samodzielność. Oczywiście nie przeczę, że z udziałem domu i genów.

Jestem przeciwniczką zbyt wczesnego uczenia czytania i liczenia. Jeśli to wydarza się naturalnie, z inicjatywy dziecka - ok. Ale widziałam różnicę w umiejętności skupienia i zainteresowaniu tymi czynnościami u starszej. Uczenie jej czytania w wieku 5 lat byloby katorgą dla niej i dla uczącej osoby, mogłoby ją zniechęcić - naprawdę nie była gotowa. Gdy sama do tego dojrzała - poooszło.

Przedszkolaki powinny rozwijać się społecznie, rysować, lepić, babrać się w błocie i chłonąć świat.  Gdzie tu znaleźć takie miejsce, bo na razie zupełnie nie widać.

23:09, panpaniscus
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 19 listopada 2012
Powrót na bieżnię

Panie i panowie, proszę o oklaski. Po ponad miesięcznej przerwie spowodowanej Tajemniczym Wirusem wróciłam - wczoraj trzeci raz, więc chyba się liczy, że. Na błotnistą ścieżkę oraz jednak na asfalt też bo po ciemku w lesie wymiękam nadziewam się na gałęzie.

Na razie niecałe 3km zamiast 5 i z minutą prawie marszu zamiast zera minut, ale przecież chodzi o to, by biec. Nie jak szybko.

23:13, panpaniscus
Link Komentarze (7) »
niedziela, 18 listopada 2012
Oczekiwanie na cud

Nie, nie będzie o czekaniu na cudowne wyleczenie mojej trzustki. Ani o czekaniu na to, że w GazWyb artykuły o cukrzycy będą konsultowane z kimś, kto się na niej zna - przynajmniej w listopadzie, ktory jest miesiącem cukrzycy.  Nie musi być nawet lekarz;  nie wierzę, że na Czerskiej nie pracuje żaden cukrzyk.   Tymczasem popełniają rakie kwiatki jak to -
"To choroba pełna paradoksów. Narażeni są na nią szczególnie ludzie otyli, ale zaczyna się od tego, że niespodziewanie chudną." paradoksy są w głowie pani Judyty, która zrobiła z typu drugiego (na ktorzy bardziej są narażeni ludzie otyli, ALE nie otyli też chorują i stereotyp otyłości przeszkadza im podejrzewac nawet że chorują) i pierwszego ( którego podręcznikowym objawem jest nagle chudnięcie) jedną chorobę.
Drugi kwiatek, tego samego dnia, tym razem z redakcji lokalnej
 pani Czajkowska nie może się zdecydować, czy śpiączka cukrzycowa, czy hipoglikemia, alkohol czu aceton. Ratownicy podali glukozę, więc prawdopodobnie ciężka glikemia, spowodowana nadużyciem alkoholu. W śpiączkę cukrzycową zapada się przy bardzo podwyższonym stężeniu glukozy we krwi, gdy brak insuliny i krew się zakwasza tzw. ciałami ketonowymi. Wtedy z ust byłoby czuć zapach acetonu. Mój kuzyn uratował kiedyś osobę w śpiączce cukrzycowej - facet leżał w kącie na przystanku, coś tam bełkocząc, pewnie wszyscy myśleli że pijany.
Choć z drugiej strony, trudno wierzyć autorce, która tyle poplątała - a przy śpiączce oprócz insuliny glukozę też trzeba organizmowi dostarczać. Wydaje się to paradoksalne, bo przecież za dużo glukozy we krwi?!? Organizm pozbywa się ciał ketonowych metabolizując je razem z glukozą. Żeby to się powiodło, musi być we krwi insulina, która działa jak klucz - otwiera glukozie wejście do komórek. No i glukoza. Opanowanie kwasicy ketonowej jest trudne - trzeba podawać insulinę, w dużej ilości, zwłaszcza że podczas kwasicy komórki na nią słabiej reagują, no i glukozę.
Koniec narzekania.


Cud tymczasem się wydarza w naszym ogrodzie, w beczce-kompostowniku. Wsypujemy zagrabione liście, skoszoną trawę, roślinne odpadki kuchenne, nieco mieszamy i a)ciągle jest miejsce, b) zawartość beczki przemienia się w czarną mazię. Czekam do wiosny, kiedy jak sądzę będziemy mieć całą beczkę ziemi.

18:36, panpaniscus
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 11 listopada 2012
Świątecznie

Pisałam tu wieki temu o pomyśle, żeby z dziećmi obchodzić święta różnych kultur. Przyznam, że niewiele w tym kierunku zrobiłam. Ale jakoś się nam tak zrobiło samodzielnie. Ostatnio było Halloween i Bonfire Night (swoją drogą upiorny pomysł, żeby świętować fajerwerkami ukatrupienie jakiegoś gościa), jutro dzięki Niemieckim Mamom idziemy z lampionami  w SanktMartin's Umzug, a Starsza opisuje właśnie w ramach pracy domowej jak w szkole obchodzili Diwali.

A Wszystkich Świętych moje dzieci jeszcze nie obchodziły, może w przyszłym roku pojedziemy do Polski? Bo chciałabym im pokazać te tłumy na cmentarzach, te morza światełek o zmroku, te lasy chryzantem przed murem. Jedyne polskie święto polegające na spędzeniu dnia całą rodziną na świeżym powietrzu, z boleśnie poważną ideologią i w niefortunnym terminie.

12:35, panpaniscus
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2