o tym, jak idę
poniedziałek, 01 listopada 2010
Nowe

Pierwszy listopada. W protestanckim kraju, więc nieświątecznie - w pracy. Dla mnie pierwszy dzień w pracy. Dla Mai pierwszy dzień u Tagesmutter - dziennej mamy. Na razie na pół gwizdka, bo oswajamy.

Więc. Zadzwonił budzik. O ósmej piętnaście udało nam się wszystkim wyjść z domu. Ulę podwieźć pod przedszkole (to całkowicie po mojej drodze), tam czekał na nią Jarek - a ja z Mają do Tagesmutter. Zostałam dziś z młodą aż się obudzila z drzemki, dwie godziny prawie. Potem do pracy - dwie godziny tamże. Z powrotem po Maję. Z Mają do domu, nakarmić (dalej ssie tylko na leżąco, zresztą była bardzo zmęczona), zabrać Uli rzeczy na gimnastykę. Po Ulę do przedszkola - na szczęście Maja się w domu te ponad pół godziny przespała. Z obydwoma do ratusza załatwić sprawę. Tam kolejka, więc z powrotem do samochodu biegiem (w locie kupiłyśmy czapkę zastępczą, bo Ulowa gdzieś wyparowała w weekend) i na gimnastykę. Na gimnastyce Maja była bardzo dzielna - choć ogromnie zmęczona i pewnie głodna, nie płakała, tylko się wszystkim przyglądała. Po gimnastyce szybko do domu, żeby ją nakarmić.

Towarzystwo padło w ciągu 5 minut od przyjścia do domu. Ja jestem zbyt zmęczona, żeby zasnąć, no i jeszcze tyle do zrobienia przede mną.

17:07, panpaniscus
Link Dodaj komentarz »