o tym, jak idę
środa, 28 listopada 2007
Naprawdę doceniona

... poczułam się wczoraj, kiedy kąpiąc się z Ulą, zaśpiewałam jej kolędę. Kąpiemy się razem dość często, za pierwszym razem po prostu chciałam ją zachęcić do wejścia do wanny - kojarzy się jej to z końcem dnia, na który niezależnie od stanu zmęczenia i wyspania nie bardzo ma zwykle ochotę. Od tamtej pory pełna wanna wywołuje "Mama opa! Ula opa, mama opa, ja?"

Pluskałyśmy się w gorącej wodzie i pomyslałam sobie, że w sumie można już zacząć śpiewać kolędy - wszak byłyśmy już (choć przypadkiem) na Weihnachtsmarkt, w przedszkolu stoją choinki, rano jest szron na trawie. Ula słuchała jak urzeczona, a kiedy skończyłam Przybieżeli do Betlejem usłyszałam "Brawooo! Noch mal" [jeszcze raz]. Wyspiewałam cały mój skoczny repertuar - a że lubię badzo koledy to jest tego nie mało - i za każdym razem byłam równie entuzjastycznie komentowana. K. po drugiej stronie drzwi zwijał się ze śmiechu.


11:08, panpaniscus
Link Komentarze (2) »
niedziela, 11 listopada 2007
***
Moja przyjaciółka z dzieciństwa nie żyje. Właśnie się dowiedziałam. Miała nawrót choroby, nie udawało się dobrać działających leków.
Zostawiła dziewięcioletnią córeczkę.

Nie widziałyśmy się tak długo, nasze drogi rozeszły się dawno temu, ale tak boli. Razem szykowałyśmy się, by uciec z domów, w których było nam źle - miałysmy po 10, 11 lat.

Boli, że nic nie zrobiłam w ciagu kilku ostatnich lat, by się z nią spotkać. Teraz moment z góglem i widzę ją - starszą o te parę lat, ale wciąż z mojej pamięci.
Boli, że tak ją bolało. Jak musiało jej być źle, jeśli zostawiła ukochaną córeczkę.

Pamietam jej dom rodzinny i wiem, że to rodzice i jej dom, to wywołało chorobę te już kilkanaście lat temu. Nie udało się jej skutecznie uciec.
Wróbelku. Co robić - teraz już nic się nie da zrobić.
16:37, panpaniscus
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 05 listopada 2007
Święty Marcin
...nieco przedwczesny, ale to dobrze - bo już i tak zimno. Na świętego Marcina (w wersji katolickiej 11 listopada, protestanckiej - 10 listopada) tradycyjnie dzieci chodzą z lampionami. W tej chwili zdaje się, że nieco ta tradycja zlała się z importowanym Helloween - przynajmniej ta jej część, w której dzieci chodziły od domu do domu zbierając łakocie. W kazdym razie wiedźmy nawiedziły nas w zeszłym tygodniu, ograbiając, nieczego się niespodziewających, z całych zapasów czekolady. Zobaczymy, czy 10 pojawi się gromadka z lampionami, śpiewająca piosenki. Dziś natomiast był Lampionumzug w przedszkolu. Bardzo miłe święto i bardzo nam się podobało, całej trójce!
Po czwartej w przedszkolnym ogródku dzieci i rodzice (a głównie panie przedszkolanki) śpiewali tradycyjne piosenki. Dopóki nie ściemniło się pożywialiśmy się kiełbaskami, grzanym winem/herbatą owocową, a dzieciaki szalały - całe przedszkole i żłobek, było pełno. W lampiony należało się zaopatrzyć samemu - przedszkolaki robiły je z rodzicami jednego popołudnia, maluchy, takie jak Ula, miały gotowce (nasz to jeden z prezentów z okazji porządków u niani). Potem przybyła orkiestra dęta i poprowadziła nas osiedlowymi uliczkami. Było ciemno, także lampiony wyglądały ślicznie, dzieci zachwycone.
Uch, ale stóp do tej pory nie mogę rozgrzać, powinnam była założyć cieplejsze buty.
21:42, panpaniscus
Link Komentarze (1) »
niedziela, 04 listopada 2007
Ponad miesiąc później
Ula na dobre zadomowiła się w przedszkolu. Cieszy się, kiedy do niego idziemy, w weekendy pyta:"Kole? Maja? Eno?" (kole to przedszkole, a Maja i Eno to dzieci z Uli grupy). Rano, kiedy otwieramy drzwi do salki jej grupy, robi nam "papa" i idzie się bawić. Cieszy się bardzo, kiedy po nią przychodzę, ale czasem trudno ją z przedszkola wyciągnąć. Każdy dzień przynosi nam kolejne niesamowite odkrycie - co Ula umie albo kojarzy. Nie wiem, ile z tych nowości powstało za przyczyną żłobka - z pewnością to słownictwo; choć z nami jest "papa" i "kulka" (czapka i kurtka), to sama słyszałam, że w przedszkolu jest "Jake" i "Müze". "Manie" zostało zastąpione przez "Alle alle", z kolei krzesło się nie pojawiło - jest "Stuhl" i już.
Ula zaczyna opowiadać długie historie, w których wyłapujemy pojedyncze znajome słowa.
Od kilku dni każe sobie w kółko pokazywać "Albuch" (bardzo miłe słowo, z kategorii "smętarza") i z upodobaniem ogląda zdjęcia, na których podobno u mamy w brzuchu jest Ula, "didi" to Ula, ogólnie wszędzie jest Ula.

Tajemnicze "Pipip" przed jedzeniem wyjasniło się - w przedszkolu dzieci przed jedzeniem mówią "Pipipip riecht guten Apetit", Ula prawdopodobnie zatrzymuje się na pierwszym wersie:).

Poza tym w ostatnim tygodniu zdecydowanie przekroczyliśmy wskazania dietytyków jesli idzie o spozycie cholesterolu :)- codziennie zjadalismy po kilka jajek na miękko (na szczęście plastikowych). Bylismy do tego częstowani litrami herbaty, koniecznie z cukrem. Ale zabawka numer jeden to wciąż samochody i "ciuciuciu", która jest teraz budowana z wszystkiego, nawet ze zdjęć w plastikowych ramkach. Ponieważ mamy tylko jeden, niezbyt bogato ilustrowany wybór wierszy Tuwima dla dzieci, narysowałam te pierwsze dziesięć wagonów samodzielnie i też już pamietam dokładnie, co się w którym mieści;).

Zaczyna się chyba słynny bunt dwulatka - Ula zaczyna się upierać, by samodzielnie zakładać spodnie czy buty, koniecznie te nie tamte; domyslna odpowiedź na wszystkie "czy..." brzmi "Nie", uzupełniane dla uściślenia o "Nein", dopiero po chwili ewentualnie pojawia się zgoda. Wyjście do sklepu jest ekhm...trudne.

Słowem - jest słodko, bardzo słodko. Mogłabym o tym niemal bez końca.
U mnie lepiej, poza tym, że kolejny tydzień zmagam się z zapaleniem zatok (auć!), ale wydaje się, że nowy lek pomógł - choć czuję się jakby w moich żyłach płynęła żywica, wszystko mi pachnie olejkiem mirtowym, z którym kapsułki łykam.
No a wczoraj urodził się Uli brat ciotecznocioteczny. Bardzo się cieszę!
11:52, panpaniscus
Link Komentarze (3) »