o tym, jak idę
wtorek, 28 listopada 2006
Szklany sufit
Europejska organizacja Biologii Molekularnej wydała (swoją drogą bardzo ładną graficznie) broszurę o szklanym suficie dla kobiet zajmujących się biologią.

Bardzo ciekawa rzecz, po piszą o wielu również nieoczywistych przyczynach, dla których wśród naukowców z górnej półki jest mniej kobiet.
Poczynając od tego, że - co widać po statystykach - kobietom przydziela się zwykle gorzej rokujące projekty, nie dostają odpowiedniego wsparcia od swoich opiekunów naukowych,poprzez trudność nawiązania w zdominowanym przez mężczyzn środowiskunieformalnych kontaktów   - które są podstawą współpracy i pracy zespołowej, niezbędnej w tej dziedzinie.
Na szczęście zaczęto ostatnio modyfikować warunek wieku, często obecny w konkursach grantowych.
Są tez bardziej subtelne, ale fundamentalne powody - wychowane w większym samokrytycyźmie niż mężczyźni kobiety składają mniej wniosków o granty, są mniej pewne siebie podczas bezpośredniej konkurencji, średnio wykonują większą część pracy niż mężczyźni, żeby z części "Aknowledgements" przejść do listy autorów artykułu. Kobiety we wnioskach grantowych wnioskują średnio o 40% sumy, o którą wnoszą mężczyźni. W efekcie, nawet przy neutralnej płciowo polityce kadrowej, samodyskryminacja (jak to nazwać?) robi swoje.


15:26, panpaniscus
Link Komentarze (5) »
I co dalej
W niedzielę odbyłam dość przygnębiającą rozmowę z koleżanką z pracy. Własciwie rozmawialiśmy we trójkę, z K. Wyszło nam, że nie da się pogodzić kariery w naszej działce i dziećmi. Przynajmniej z małymi dziećmi - syn T. jest o trzy lata starszy od Uli. Mąż T. na równi z nią zajmuje się synkiem. Ale dla T. , tak jak i dla mnie, sens "mienia dzieci" lezy w tym, żeby z nimi być. Przedszkole i złobek jest super, ale nie po to mam córeczkę, żeby to tylko inni się nią cieszyli. Jestem rodzicem, bo chcę być rodzicem. Więc nie chcę pracować na pełen etat - no a nawet jak Ula będzie starsza i wykroję więcej czasu na pracę, to nie będzie to tyle, żeby być w stanie konkurować z osobami wolnymi.

Taka działka. Wszystko się bardzo szybko zmienia. Żeby być w miarę na bieżąco z tym, co się dzieje, kilka godzin tygodniowo na czytanie. ciągle się trzeba bardo dużo uczyć. Planowanie projektów, prowadzenie ich, własna praca. Myślenie - na które trzeba więcej, niż kilka godzin dziennie. Plus wyjazdy. Żeby być dobrej klasy naukowcem - średnio 50 godzin tygodniowo. Nasz szef, który jest światowej klasy - myślę, że to 60 godzin.

Zastanawiam się, co robić. Bo mam na szczęście wizje alternatywnych ścieżek zawodowych. Ale to, co robię daje mi mnóstwo frajdy. Z drugiej strony, choć K. jest gotów do dzielenia się pracą przy Uli po równo, to może wygrywającą strategią jest, by jedno z nas bardziej się zaangażowało w pracę. Ja i tak mam do tyłu, bo nie zawsze się dobrze czuję.

Czuję się trochę z ręką w nocniku. Wydawało mi się z zewnątrz, że T. świetnie sobie radzi, a wychodzi, że ma te same rozdrapy i że nawet jakbym nie była chora, a Ula była starsza, to by nie pomogło.

Moja promotorka mawiała, że "trzeba robić wszystko", ale to tzw. gówno prawda. Jej się wydawało, że robi wszystko, a robiła zaledwie jedną czy dwie rzeczy.

Może ja po prostu mam za mało motywacji do pracy naukowej.
A może po prostu jestem normalnym człowiekiem i chcę się realizować również w innych częściach życia.
15:09, panpaniscus
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 27 listopada 2006
Szacunek i odpowiedzialność
Dużo łatwiej mi z wieloma osobami od kiedy zdałam sobie sprawę, że brak szacunku dla innych bierze się z braku szacunku do samego siebie.

Szacunek dla samego siebie - poczucie własnej wartości. Pisałam,  że lepiej nie opierać go na swoich osiągnięciach, przymiotach - bo to kruche i ulotne.
Że nie warto osiągać go z porównywania się z innymi - to nie budzi dobrzych uczuć, no i zawsze może znaleźć się ktoś jeszcze lepszy.
Samo porównanie i uczucie satysfakcji, że jest się dobrym w czymś - jest zupełnie naturalne, natomiast budowanie poczucia własnej wartości na nim jest niebezpieczne.

Bigapple pisze o braku instynktu współpracy. Może rzeczywiście to się bierze z braku szacunku do samego siebie, z braku wiary w to, że naprawdę coś można zmienić. Z niechęci do brania odpowiedzialności za siebie i za swoje życie, za cokolwiek.

Byłam kiedyś w projekcie, którego efekty były przeznaczone dla nauczycieli. Nauczyciele jacy są...są różni. Są tacy, co robią wszystko na odwal się, którzy zupełnie się nie interesują swoją pracą; ale są i niezwykle zaangażowani, i tacy, którzy starają się jak mogą na miarę swoich możliwości. Czasem trudno się z nimi dogadać, czasem nie są to zbyt bystre osoby - zwłaszcza, jak się z nimi spotkać po dniu pełnym zajęć. Duża część nie radzi sobie z internetem.
Nie zawsze i nie wszyscy rozumieją treść pytań, które im się zadaje.
Ale to nie znaczy, że można ich nie szanować. Zwłaszcza, jeśli się robi coś dla nich. Bo jak - przygotowywać coś, przykrawać na miarę ludzi, których się nie szanuje. Współpracować z takimi ludźmi.
Bardzo się o to pokłóciliśmy. Ja zostałam czarną owcą, która nie chce się pośmiać z nauczycieli i głupot, które wypisują w ankietach, no i ma ogólnie zbyt poważne podejście - zamiast wcisnąć im to, co nam wygodniejsze, chce nad tym pracować.

Kilka miesięcy potem odwiedzała nas znajoma, która ma doktorat i jest nauczycielką - bo to jej pasja i powołanie. Mieszka w kraju, w którym nauczyciele cieszą się wiele wyższym statusem społecznym. Rozmawiała z uczestnikami projektu i młodymi wolontariuszami i zadała - nie przy mnie - pytanie, czy ktoś z nich planuje zostać nauczycielem. Potem się mnie pytała, czemu byli urażeni tym pytaniem.

Czyli nauczyciel to ktoś, kto jest głupszy/gorszy i można go wykorzystać do zbudowania sobie poczucia własnej wartości.
Najgorsze w takim podejściu jest dla mnie to, że oznacza zwykle zamknięcie się na tę inną osobę: no bo czego ja się mogę od takiego nauczyć, co on może wiedzieć.
A już jeśli taki nauczyciel faktycznie coś wie, jest w czymś (na przykład uczeniu) lepszy ode mnie - to trzeba specjalne mechanizmy uruchomić, żeby to odpowiednio zinterpretować.

A o braku chęci do ponoszenia odpowiedzialności: najprostszy sposób, żeby to zaobserwować - wizyta w wielu urzędach. Urzędnicy, którzy wolą zwrócić pieniądze do unijnej kasy, niż rozdzielić je między NGOsie - bo sposób rozdziału może się nie spodobać kolejnej władzy, a lepiej się nie narażać; pani w aptece, która wysyła mnie, żebym szukała w święto lekarza, mimo, że może mi sprzedać w nagłej sytuacji insulinę bez recepty (pieniędzy nie straci, bo jako nieubezpieczona i tak zapłacę pełną kwotę; insulina to lek ratujący życie). Narzekanie narzekanie i nic nie robienie. Czekanie na królewicza na białym koniu, wiara w życie po śmierci przy braku wiary w życie doczesne.

Jakoś mało konstruktywnie, a cierpiętnioczo dziś - taki dzień widać.
22:32, panpaniscus
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 26 listopada 2006
Wyprowadzka czy powrót na stare śmieci
Wyprowadzka z domu rodzinnego to ogromna szansa w stosunkach z własnymi rodzicami. Zyskuje się perspektywę i można z dystansu obejrzeć swoje relacje z nimi.
Z jednej strony, ponieważ samemu trzeba zadbać o wszystko, co w domu rodzinnym pozostawało domeną rodziców - od płacenia czynszu po kupowanie żarówek - wchodzi się na równorzędną wobec nich pozycję, ale też docenia się (wreszcie) obecność rzeczy, które siłą dziecinnego przyzwyczajenia uważało się za oczywiste.
 Z drugiej strony, kiedy znika zależność od rodziców, można zauważyć rzeczy, których w domu rodzinnym się nie widziało, bo były zbyt szkodliwe dla dobrych relacji z rodzicami i spokojnego życia w domu.

Bardzo podobnie wygląda wyjazd do innego kraju. Docenia się małosolne ogórki, biały ser, kolędy, góry, po których jesienią można chodzić "na dziko", ogólne wykształcenie ludzi, którzy zawdodow zajmują się specjalistyczną działką i co tam komu brakuje. Z drugiej strony, mojemu pierwszemu wyjazdowi na dłużej towarzyszyły refleksje nad tym, jak bardzo nietolerancyjnym krajem jest Polska. Po powrocie - choć wróciłam ze zgniłego, zepsutego zachodu - raziła nagość przedmiotowo traktowanych na plakatach reklamowych kobiet, brud, brzydota przestrzeni publicznej, ale przede wszystkim brak szacunku dla innych ludzi.

Mój problem polega na tym, że im dłużej jestem poza Polską, tym trudniejszy mi się wydaje powrót. Jak jakiś emigrant napisał kiedyś na jakimś forum "Tęsknię do Polski najbardziej na swiecie i zupełnie nie umiem w niej żyć". 
Coraz ważniejsze się wydaje życie w tolerancyjnym, otwartym na różnorodność otoczeniu. W społeczeństwie, w którym uczciwość i solidność, to cnoty, a nie oznaki frajerstwa. W którym - choćby tylko na pokaz - ale politycy nie mogą kłamać, okazywać się głupcami czy paranoikami.

Nie wiem, czy jestem w stanie zbudować sobie dobre życie poza Polską - tak mcno jestem osadzona w języku, tak duża część mnie nie da się opowiedzieć inaczej. Ale może powinnam pomóc mojej córce nie mieć takich  obciążeń.

Mamy jednych znajomych w pracy, którzy mają podobne do naszych dylematy. U nich niedługo wybory prezydenckie, z dwóch liczących się kandydatów jeden ma sprawę o gwałt, drugi, kiedy był ministrem zdrowia, wypowiadał się, że HIV to bajki. Mam wrażenie, że ich problem stanie się niebawem jeszcze podobniejszy do naszego.
sobota, 25 listopada 2006
Żydówka
Kiedy pierwszy raz usłyszałam rzucone w moją stronę "ty Żydówo", zupełnie nie skojarzyłam tego z wyzwiskiem. Chodziłam do siódmej klasy szkoły podstawowej, interesowałam się wieloma rzeczami - również kulturą żydowską, która wydawała mi się tajemnicza i pociągająca. Właściwie odebrałam to "ty Żydówo" pozytywnie, z jednej strony dziwiąc się, skąd klasowy osiłek, pogardzający aktywnością intelektualną syn milicjanta, wie, co ja właśnie czytam - z drugiej strony, znałam przeszłość swojej rodziny i wiedziałam, że mam nikłe szanse znaleźć żydowskie korzenie i poczuć się naprawdę Żydówką. Kolega, zamiast mnie wyzwać, powiedział mi komplement.
Nie pamiętam, aby słowo "Żyd" funkcjonowało jako wyzwisko w mojej podstawówce. Gdyby tak było, intencje kolegi zrozumiałabym wtedy, a nie po latach.

Pierwszy szok przeżyłam podczas wyborów w 1990 roku. Było dla mnie oczywiste, że prezydentem powinien zostać Tadeusz Mazowiecki. Bardzo żałowałam, że nie mogę głosować. I oto nagle usłyszałam, że nie, i że nie - bo to Żyd. To był kubeł bardzo zimnej wody na gorącą głowę młodej idealistki. Pamiętam, na francuskim (Institut Francais, jeszcze na Świętokrzyskiej), dotychczas miła i spokojna koleżanka opowiadała, jak to źle, żeby polskim prezydentem był Żyd. Kolega, który przekrzyczał całą wzburzoną resztę spierających się osób, spytał - skąd wiesz, że to Żyd. Kolezanka zaczęła coś mówić o długości płatka ucha, o profilu, a kolega, bardzo wkurzony, zaczął wyciągać nas po kolei na środek i pytać, a co, powiedz, to jest Żyd, czy nie jest, to jest Żydówka, czy nie. Koleżanka, coraz bardziej speszona, no bo nie przypuszczała, żeby Żyd mógł się zakraśc do naszej do wczoraj niezwykle zgranej paczki, odpowiadała "nie, nie, nie...". Również, kiedy na środku była koleżanka-Żydówka. Na szczęście to był antysemityzm teoretyczny.

Nie wiem, nie rozumiem. Trudno mi tłumaczyć znajomemu, którego dwa pierwsze języki to niemiecki i hebrajski, dlaczego w Krakowie na ścianach są napisy Jude raus, wyraźnie nie wczorajsze i nie usunięte.
Z jednej strony - nie poczuwam się do odpowiedzialności za antysemityzm w Polsce. Z drugiej strony - no właśnie, potem muszę udowadniać, że ja sama nie jestem wielbłądem.

Znajoma podsunęła pomysł, żeby z dziećmi obchodzić święta różnych religii. No bo w sumie, jeśli jesteśmy ateistami, to czemu się ograniczać do Bożego Narodzenia :).Świetna okzaja, żeby im pokazywać róznorodność. Jak będą starsze, to będą mogły sobie wybrać religię z najfajnieszymi świętami.
W tym roku Chanuka wypada 15-23 grudnia.

20:12, panpaniscus
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5