o tym, jak idę
piątek, 28 lutego 2014
Znad krawędzi

Wczoraj ktoś usiłował mnie zabić. W typowy londyński sposób - samochód jadący przed/obok rowerzysty nie sygnalizuje skrętu w lewo, nagle ostro skręca wciągając pod siebie rowerzystkę.

W poodbny sposób zginęła większość z czternastu rowerzystów zabitych przez kierowców w zeszłym roku w Londynie (w tym sześć osób w ciągu 2 tygodni w listopadzie). Mi się nic nie stało - to była nieduża furgonetka, a nie wielka ciężarówka. Jechała niezbyt szybko, a krawężnik po mojej lewej stronie obniżył się na tyle, że dałam radę podeprzeć się nogą i nawet się do końca nie przewróciłam.Tym niemniej adrenalina zadziała. Byłam w takim szoku (a poza tym spóźniona nieco do pracy), że zamiast zrobić zdjęcie, pojechałam dalej.

To nie jest kraj dla rowerzystów. Dowiedzieliśmy się o tym dość szybko - pierwszego miesiąca po przeprowadzce ktoś przejechał K. po przednim kole na rondzie wymuszając pierwszeństwo. Koło do wymiany, strata czasu, na szczęście nic się K. nie stało. Był świadek, zapisane numery,  sprawa zgłoszona na policję. Została umorzona, bo... właściciel samochodu twierdzi, że go tam w tym czasie nie było. A poza tym na planie sytuacyjnym wypadku K. napisał niewłaściwą nazwę ulicy - to długa ulica, niedaleko ronda zmienia nazwę, a w tamtym czasie nie byliśmy tego świadomi. To na kiepskie pocieszenie dla tych, co myślą, że tylko w Polsce policja poprawia sobie statystyki nie przyjmując spraw do wiadomości.

 U nas w R. jeździ się podobnie, jak naście lat temu w Warszawie. W centrum Londynu - gdzie w godzinach szczytu piesi nie mieszczą się na chodnikach, pasażerowie na stacji metra, a rowerzyści na ulicy - panuje wolna amerykanka. Widziałam furgonetkę z rozmysłem wbijającą rowerzyście błotnik w koło (śmiał się zatrzymać przed nią na poprzednich światłach), regularnie widuję wypakowane wywrotki przejeżdżające już na czerwonym świetle. Po sprawiedliwości, w porannym szczycie piesi traktują czerwone światło jako nieśmiałą sugestię raczej, a rowerzyści interpretują skrzyżowania po swojemu (na zmianę korzystając z przejść dla pieszych i jezdni). 

22:10, panpaniscus
Link Komentarze (2) »
czwartek, 27 lutego 2014
O kupie ratującej życie - nie czytać przy jedzeniu

Mamy w sobie więcej komórek bakterii, niż własnych. Dopiero ostatnio zaczęliśmy odkrywać skomplikowane związki między nami a nimi. Wielu z tych bakterii nie umiemy hodować (poza własnym jelitem). Dlatego dopiero dzięki rewolucji sekwencjonowania nowej generacji mamy szansę zbadać, jakie gatunki i w jakich proporcjach nas zasiedlają.

W związku z tym ostatnie parę lat to wysyp publikacji o mikroflorze ludzkiej - jej związkach z chorobami jelit (jak np. Crohn-Leśniowski), otyłością, nowotworami...

Rodzimy się sterylni, pierwsze bakterie nabywamy podczas porodu, a potem w ciągu mniej więcej roku podczas wielu kolejnych kolonizacji wytwarzamy stałą florę bakteryjną - na skórze, w ustach, w jelitach. O tym, że jest ona ważna wie każdy, kto cierpiał na zaburzenia jelitowe po leczeniu antybiotykiem. Antybiotyk zakłóca ustalone proporcje między gatunkami, może prowadzić do zasiedlenia przez gatunki niepożadane.

Skrajnym przypadkiem jest zakażenie Clostridium difficile. Zakażenie Clostridium difficile w łagodnej wersji to nawracająca wyczerpująca biegunka, w groźniejszej - zapalenie jelita grożące śmiercią. Ta bakteria nie ma szans zasiedlić jelita ze zdrową florą bakteryjną: przegrywa konkurencję z naszymi stałymi lokatorami. Ale jeśli przetrzebi ich na przykład leczenie antybiotykami - C. difficile ma szansę zająć ich miejsce.

Antybiotykoterapia zakażenia C. difficile jest trudna i często kończy się niepowodzeniem: w końcu każdy antybiotyk powoduje kolejne zmiany w mikroflorze. A gdyby podać chorym zestaw tych "właściwych" bakterii? Około roku temu zaczęły się  pojawiać wyniki randomizowanych prób klinicznych: przeszczep bakterii kałowych dawał w leczeniu zakażeń Clostridium difficile o tyle lepsze wyniki, że badania przerwano i pacjentom z grupy kontrolnej, otrzymującym jedynie antybiotyk, również przeszczepiono bakterie. Sam pomysł ma ponad 50 lat i od tamtych czasów bywał stosowany, z dużym powodzeniem - choć raczej rzadko i jako ostatnio deska ratunku.

Przeszczep kału kojarzy się obrzydliwie (w koncu wyewoluowaliśmy, by brzydzić się kupy), ale  - z punktu widzenia pacjenta - nie jest to specjalnie obrzydliwa procedura. Zawiesinę bakterii podaje się rurką do jelita, ew. stosuje w lewatywie czy wprowadza podczas kolonoskopii.

 Wydaje się, że przeszczep mógłby pomóc również w wielu innych chorobach, których przyczyną jest drastyczna zmiana flory jelitowej.
W ostatnim wydaniu Nature lekarz i biolodzy zajmujący się przeszczepami podnoszą problem regulacji przeszczepów kału. W USA proponują uznanie ich za przeszczepy, zamiast objęcia regulacjami dotyczącymi leków. Wydaje mi się to bardzo sensowne - kał, podobnie jak krew i narządy do przeszczepow, nie jest produkowany w kontrolowany sposób i nie da się wystandaryzować. Nieprzebadany -  niesie podobne zagrożenia: zarażenie szkodliwymi mikroorganizmami. Natomiast nadmierna regulacja i narzucanie norm stworzonych dla farmaceutyków komplikują jego użycie i ograniczają dostępność. Autorzy opisują też założony przez siebie "bank stolca". Dzięki gromadzeniu kału od tych samych, dokładnie przebadanych dawców, umożliwia znaczne obniżenie kosztów terapii. 

12:05, panpaniscus
Link Komentarze (3) »
piątek, 21 lutego 2014
Rynek, ekonomia - uwaga

W mojej rozrywkowej opinii o książce o ekonomii nie wspomniałam, że nie wierzę w doskonałość rynku i regulację tylko przez rynek.

Obawiam się, że jeśli nazbyt uwierzymy w niewidzialną rękę rynku, to ona może pokazać nam środkowy palec (nie wiem czyj ten celny tekst, trafił do mnie via Orliński). 

Dlaczego nie wierzę w rynek jako idealne rozwiązanie? Bo czysty rynek to jak ewolucja, a na tym to akurat się znam. 

W ewolucji mówi się o tzw. maksimach lokalnych przystosowania. Można to sobie wyobrazić tak: dla organizmu w danych warunkach, w danym otoczeniu i wśród danej konkurencji, istnieje pewien optymalny zestaw cech. Idealny, taki że nie da się lepiej.

  Wszystkie możliwe stany organizmu można sobie wyobrazić jako pofalowaną powierzchnię, im wyżej na tej powierzchni - tym lepsze przystosowanie. Gdzieś na tej powierzchni jest góra, jej szczyt - to właśnie optymalne przystosowanie. Każdy krok pod górę to jakaś zmiana, lepiej dostosowująca organizm.

  Wyobraźmy sobie Bardzo Prosty Organizm z jednym genem. Jeśli gen nabędzie mutację, która polepszy funkcjonowanie organizmu - to właśnie krok pod górę. 

Szkopuł polega na tym, że powierzchnia przystosowań to nie jest gładka płaszczyzna ze stożkiem po środku, a raczej teren pełen małych pagórków i dolin - jeśli znajdzie się na szczycie małego pagórka, to żeby dostać się na główny szczyt trzeba będzie zejść w dolinę. Stać się mniej przystosowanym - ale to właśnie w ewolucji się nie zdarza, bo ci mniej przystosowani przegrywają.

  Wyobraźmy sobie, że jesteśmy na małym pagórku - gen działa dobrze, lepiej niż na płaskiej powierzchni poniżej (dlatego się na ten pagórek wspięłyśmy). Zmiany w genie pojawiają się rzadko i losowo, więc niemal zawsze po jednej na raz,  a szansa wystąpienia 3 zmian na raz jest bardzo, bardzo  niska.   Od genu, który zapewnia miejsce na szczycie góry, gen na pagórku różni się trzema zmianami. Jeśliby wprowadzić by do niego te 3 zmiany, będzie działał świetnie (szczyt  głównej góry). Ale każda z tych zmian osobno jest szkodliwa. Osobniki z pośrednimi wersjami genu przegrywają sromotnie. Nie ma jak przekroczyć doliny.  W rezultacie organizm będzie miał gen w wersji dobrej, ale nie świetnej.

W krajobrazie dostosowań pozostanie na pagórku, zamiast wspiąć się na szczyt gory - dolina między nimi jest za głęboka.  Podobnie jest z rynkiem. Rynek, jak dobór naturalny, może optymalizować firmy, usługi, produkty, wreszcie swoją skuteczność. Ale tak samo jak dobór, jest podatny na maksima lokalne. Koszty przeskoczenia z maksimum lokalnego do wyżej położonego punktu mogą być nie do pokonania. Jak przejście na ruch prawostronny w UK - przydałoby się, ale przy kosztach takiej zmiany wydaje się, że nie nastąpi.

   Inny powód, by nie zostawiać wszystkiego rynkowi: ewolucja nie ma kierunku - toczy się w stronę chwilowo najwyższej korzyści. Bez zważania na długodystansowe koszty. My umiemy często przewidywać konsekwencje naszych czynów i warto by to wykorzystywać...

    A przede wszystkim - ewolucja ma dużo więcej czasu w zanadrzu niż ludzkość. Ludzie potrzebują zmian tu i teraz, a nie za tysiąc lat. Może doskonała ręka rynku  doprowadziłaby do powstania wystarczająco dobrych i tanich przedszkoli - wszak jest zapotrzebowanie, pracodawcy zyskają na pracy kobiet itd. Ale ja potrzebuję przedszkola dla mojej córki, a nie praprawnuczki. Chcę takiego sterowania rynkiem, by te przedszkola powstały i trwały.

  W ewolucji problem wydostania się z maksimum lokalnego rozwiązuje labilność krajobrazu - warunki życia organizmu, które nim rządzą, się zmieniają. Na przykład zmienia się klimat, dostępność pożywienia, pojawia się nowy groźny wirus, znika wróg-drapieżnik. Zestaw optymalnych cech organizmu się zmienia. Powierzchnia zaczyna się wybrzuszać tam, gdzie była wklęsła, pagórki się obniżają.  Podobnie może być i w ekonomii - ale znów, to trwa.

 Rynek powinien się świetnie sprawdzać w ekonomicznym odpowiedniku mikroewolucji. Małych zmian, optymalizujących dostosowanie do niewielkich zmian w otoczeniu. Do zmian fundamentalnych - takich jak w makroewolucji - jest zbyt powolny.  Poza tym są dziedziny, w których - jeśli wierzymy choć trochę w równość społeczną - czysty rynek nie ma prawa funkcjonować, jak zdrowie czy szkolnictwo.  

22:07, panpaniscus
Link Komentarze (3) »
czwartek, 20 lutego 2014
Trzymaj się Ukraino

Bezsilność. Anya, która jest stamtąd. Pasza, też tutaj - a jego ojciec, starszy pan, chodził na demonstracje u siebie w mieście.  Tam są ich przyjaciele. Jego brat.

Moje poczucie bezsilności - a przecież tak niewiele, by je wywołać, jacyś przygodnie poznani tam ludzie, jakieś krajobrazy i miasta, jakieś ogólne poczucie przyzwoitości, ogólne poczucie sprawiedliwości - a ich ból.

Jakie szczęście, że nie po nas ten walec historii. Jakie nieszczęście, że po nich. 

23:02, panpaniscus
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 18 lutego 2014
Ja

Ten wpis bierze udział w Fince z kominka

Kaczka, mistrzyni pozornie przypadkowych zbiegów okoliczności, gier słownych i zaplanowanych qui pro quo, zadała temat "Ja". Z pewnością nie będę pisać o sobie - w końcu cały blog jest o mnie - stanowczo się sprzeciwiam zbywaniu tematu jedną, nawet wybitną, notką.

W związku z tym postanowiłam napisać o Kaczce - w końcu to ona powiedziała "JA". Zastanawiając się, czy lepszy byłby panegiryk (doskonałe pióro, świeże spojrzenie,  okraszone wybornymi anegdotami z życia wielojęzycznej międzygatunkowej rodziny, jako bonus akcje społeczne- no i Kaczka in vivo absolutnie nie ustępuje kaczce in silico/in vitro), czy pamflet (ekshibicjonistyczne wynurzenia matki, która wolała Niemca, nikt jej nie dogodzi - u Anglika było źle, u Krzyżaków też narzeka, zmusza rzesze internautów i internautek  do pisania na swój temat), stwierdziłam jednak, że nie tędy droga.

Droga wiedzie przez las. Bo piszę w pociągu, w drodze do pracy, a ów właśnie stoi w lesie.

 Neurobiolodzy (na przykład Bruce Hood )  uważają, że "ja" to iluzja. Wytwarzana na bieżąco, zależna od kontekstu. Jakiż bardziej stały dla mnie punkt odniesienia, niż ja sama, - cóż bardziej mylnego, niż to przekonanie.

"Ja" podlega ciągłej rekonstrukcji. "Ja" jest kruche. Podatne na okoliczności biologii, o czym świadczy zmiana zachowania słynnego Phineasa Gage'a po urazie prętem,  babci kolegi po udarze czy to, co sądzę o sobie sobie podczas epizodu depresji.

 "Ja" jest nieracjonalne i skrzywione (w dalszym ciągu jestem dla siebie "dziewczyną co chodzi po dzikich górach", mimo że ostatnie prawdziwe góry były dziesięć lat temu) - prawdopodobnie bez tego pogrążylibyśmy się w tzw. otchłani rozpaczy. 

Kiedy człowiek się zmienia, stosunkowo łatwo wychwycić zmiany fizyczne. Trudno uznać, że kuchenka spuchła, kiedy nie można już przejść koło niej bokiem w czasie ciąży (choć pamiętam, że codziennie rano starałam się tam jednak wcisnąć).  Trudniej wyłapać zmiany w iluzji, którą się samemu tka i która nie ma obiektywnej miary. 

 Świadomość iluzji "ja" daje prostą odpowiedź na cisnące się czasem na usta pytanie - jak ten człowiek jest w stanie wytrzymać ze sobą? - ten człowiek tka po prostu iluzję z innych nici, niż ja widzę. I każe też być ostrożnym wobec samej siebie: prawdopodobnie wbrew temu, co sądzę, nie jestem spójną, zbieżną całością. Nie tylko, że tyle o sobie wiem, ile mnie sprawdzono - ale nie wiadomo też, jak długo to, co wiem, będzie prawdą.

Pociąg ruszył. Las się skończył. Ja jadę dalej.

10:49, panpaniscus
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2