o tym, jak idę
niedziela, 14 lutego 2010
Learning curve

Czyli zrobiłam skarpetki. Trzy. Choć Ula ma zupełnie zwyczajnie dnie nogi i dwie stopy. Ale pierwsza była zdecydowanie skarpetką treningową - poczynając od przypominania sobie jak wygląda oczko lewe, a jak prawe, kończąc na osiągnięciu oświecenia w kwestii budowy wewnętrznej skarpetki i związku przyczynowo-skutkowego między dodawaniem/odejmowaniem oczek a tym, jak układa się dzianina. Początki były ciężkie, jak wspominałam: oczka w tajemniczych okolicznościach znikały z jednego druta, pojawiały się na innym, druty kłuły i podstępnie wyślizgiwały się grożąc spruciem świeżo wydzierganych fragmentów skarpetki.

Druga skarpetka to była przyjemność - bo rozumiałam co i po co robię, poznałam technikę opisywaną jako " 3. przedost. o. 1. drutu zdjąć jak do przer. na prawo, przer. 2. przedost. o. i przec. przez nie 3. przedost. o., ost. o. na prawo". Czuję, że otworzyły się przede mną nowe horyzonty. Może jakiś aurowy wzór, tylko co nim zrobić.

Do trzeciej trudno było się zabrać, bo przecież dwie już zrobiłam, ale potem szło szybko, a przy robocie wpadałam w błogi nastrój, nitka sama wskakiwała gdzie trzeba, dłonie automatycznie składały się w odpowiednie figury i musiałam pilnować, by nie zrobić niechcący za dużo rządków. Spróbowałam też - parę oczek przerobiłam z zamkniętymi oczami. Ciekawy stan umysłu przy robieniu niewymagającego wzoru (same prawe oczka, w kółko), bliski nirwany.

Wyrobiłam sobie też niepostrzeżenie lepszą technikę, tzn. mniej kurczowe trzymanie drutów i mniej ścisłą robotę - trzecia skarpetka jest odwzorowaniem drugiej (tyle samo oczek/odpowiednich rzędów), a jest od niej o pół numeru większa.

Oto trzy skarpetki, w kolejności powstawania:

skarpetki

A oto finałowa para, na docelowych nogach:

Skarpetki na Uli nogach

 

 

sobota, 13 lutego 2010
Kotek

w pełnej krasie, chwilę przed wyjściem do przedszkola. Do którego udał się pół godziny wcześniej niż zwykle, bo obudził się sam (niebywałe) rano i zarządził wstawanie i szykowanie się na bal przebierańców.

Kotek Ula

Na zdjęciu nie widać futerkowego obszycia pelerynki, czarnej muszki pod szyją i że kotek ma zielone oczy, nie czerwone.

Makijażu nie pozwolił sobie zmyć, mam nadzieję, że z czasem zniknie. Czarny lakier z paznokci jednakowoż zmyłam, wyglądał naprawdę upiornie. A teraz kotek gra na dywanie sam z sobą "w ludziki" (kotkowa wersja gry Carcassonne).

U mnie dołek ciąg dalszy, ale przynajmniej klaruje mi się, z czego jestem najbardziej niezadowolona. Pomysłów na poprawę, poza tymi najbardziej radykalnymi ("a rzucić to wszystkow w cholerę"), brak. Te najbardziej radykalne są w sumie przygnębiające, no bo ja nie chcę rzucać wszystkiego w cholerę, chcę tylko, żeby było inaczej. Nie wiem zresztą, jak.

 

10:42, panpaniscus , Córeczka
Link Dodaj komentarz »