o tym, jak idę
środa, 28 lutego 2007
Planeta Ziemia, czyli po co religia
Od kilku dni co wieczór oglądamy kolejny odcinek serialu Planeta Ziemia BBC (David Attenborough). Słusznie krytykowany za minimalizm strony naukowej, wizualnie jest ZACHWYCAJĄCY. Nie ma to jak kłaść się spać w oczarowaniu pingwinami, które spędzają noc polarną wysiadując (wystając?) jajka, rajskim ptakiem o niezwykłym upierzeniu, widokiem słoni kąpiących się w okresowej rzece.
Oglądamy sobie tak i oglądamy, no i co i rusz widzimy, jak niebezpieczne jest życie zwierząt. Jak trudno dotrwać do dorosłości, jak łatwo i wtedy paść ofiarą drapieżnika czy choroby.

Ludzkie życie jeszcze niedawno też było takie. I dziś wypadki, choroby zbierają swe żniwo, ale statystycznie - jakże łatwiej żyć dziś, o ile więcej w naszym życiu zalezy od nas samych.

Foki, wybierające się po pokarm dla młodych, mimo czyhających rekinów; pingwiny, tkwiące w -70C mrozie; słoniątko, ostatkiem sił zmierzające ku oazie - ileż w tym heroizmu i waleczności. Stop, wróć. Zwierzęta nie mają wyboru, ani autorefleksji, by faktycznie ich życie było heroiczne.
My mamy. I żeby nadać sens zmaganiu się z losem, nadać sens bezsensowi istnienia, przywołujemy bogów.

"Siła wyższa" pomaga pozbyć się wątpliwości. Pomaga mieć nadzieję. Pomaga widziec potrzebny ludzkiemu umysłowi sens. Pomaga podzielić świat na nas, dobrych i ich, złych. Pomaga znaleźć usprawiedliwienie dla swoich czynów i poglądów - siła wyższa nie jest relatywna, więc daje mocne oparcie, które pomaga osiągnąć sukces. Któż przeciwko nam, jesli bóg jest z nami.
Od dawna wiadomo o efekcie placebo. Że lek nie musi działać, starczy wiara w jego działanie, by pacjentowi się poprawiło. Peter Medawar zauważył również, że jeśli chory cierpi i poda mu się lek, a choremu się poprawi, to bardzo trudno uwierzyć nam, ludziom, że to nie dzięki zastosowanemu leczeniu.
Myślę, że bogowie działają jak leki homeopatyczne.

Podatność na wiarę, o podłożu biologicznym, plus łatwe do wyobrażenia korzyści ze skłonności do wiary i wiary, łacznie z zachowaniem życia (zwłaszcza w mało tolerancyjnych społeczeństwach, jakie dominowały i dominują historię człowieka) - nietrudno mi wyobrazić sobie, że wiara podlegała pozytywnemu doborowi podczas ludzkiej historii. Albo raczej brak wiary - negatywnemu.

Co wypływa z tych moich rozważań: po pierwsze, że być może lepiej wierzyć niż nie wierzyć - zdrowiej i łatwiej żyć (uwaga: łatwiej/trudniej to nie są słowa wartościujące). Po drugie: być może niezdolność/zdolność do wiary wynika z jakichś biologicznych właściwości umysłu jednostki; być może nawet jest "gen wiary".  Nie przypadkiem nie wierzę w żadnego boga, homeopatię, ufoludki, zauraczanie niemowlęcia, horoskopy, numerologię, że jesli niania mojej córki urodziła się tego samego dnia co ja, to to coś oznacza.


21:37, panpaniscus
Link Dodaj komentarz »
piątek, 16 lutego 2007
Skąd się biorą religie - nasze umysły
Jest ich na świecie ponad 10 000. Są ze sobą spokrewnione - niektóre mają wspólnych przodków, wywodzą się z innych lub są twórczym połączeniem kilku. Wiele powstało niezależnie.
Skąd się biorą bogowie?
Z naszych mózgów. Nasze umysły to świetne narzędzia. Które powstały dzięki ewolucji i ona je ukształtowała. Zgadując z naszych umiejętności i łatwości, z jaką angażujemy się w róznego typu działania, to zdobywanie i utrzymywanie pozycji socjalnej oraz konstruowanie narzędzi, a nie zrozumienie fizyki kwantowej były priorytetami.

Nasze umysły bardzo chętnie wyszukują wzorce, kojarzą ze sobą wydarzenia w związki przyczynowo-skutkowe. Oraz interpretują sens. Dotyczy to zarówno zdarzeń i przedmiotów nieożywionych "ta dźwigienka jest po to, żeby podnieść zawleczkę", "zjadłam witaminę C i przeszedł mi katar, czyli witamina pomaga", jak i postępowania innych osób "na złość oblała mnie tą kawą". Interpretacja poprzez pytanie "po co" pozwala lepiej zrozumieć, dlaczego coś zaszło i jak na to zareagować.
Na codzień tłumaczymy sobie świat i postępowanie innych ludzi, zachowanie zwierząt i przedmiotów martwych w kontekście celu, coś jest po coś. W ten sposób (teleologiczny) tłumaczymy dzieciom świat - i one podobnych wytłumaczeń szukają. Po co słoń ma trąbę, czemu pan jedzie szybko na rowerze.

Świat jest pełen zjawisk, które trudno zrozumieć, ogarnąć ludzkim umysłem. Nie tylko fizyki kwantowej, zdarzeń o charakterze losowym. Także zjawisk, które trudno zaakceptować ze względu na konsekwencje, jakie ze sobą niosą. Choroba, śmierć, nieszczęście. Nasze umysły pytają "po co". Dlaczego mnie to spotkało. Albo: jaki sens ma moje życie, po co żyję.
W tym kontekście te pytania nie mają sensu, poza bardzo metaforycznym - to jak pytać o smak półnuty albo jak długie jest zimno.
To znaczy, mogą mieć sens - jeśli rozumieć je jako szukanie tego sensu w sobie samym (jakie ja wyznaczam sobie cele w zyciu, co jest dla mnie ważne), a nie w zewnętrznym świecie, w czymś poza sobą.

Jest jeszcze potrzeba wyjaśniania zjawisk, którymi dziś zajmują się nauki przyrodnicze. Póki ich nie było, potrzebne było "zewnętrzne" wyjaśnienie; choć nawet dziś jedni nie wierzą w ewolucję, inni w to, że HIV powoduje AIDS, albo w to, że Ziemia jest okrągła. Nauka jest trudna, bo posługuje się nieintuicyjnymi metodami; np. teleologiczne wyjaśnienia "po co" są używane albo w popularnonaukowych takich sobie bajeczkach, albo w sensie li i jedynie metaforycznym. Operuje prawdopodbieństwami - które są trudne dla nas do intuicyjnego zrozumienia, np. zarówno lekarze, jak i pacjenci, uważają , że operacja, która daje 90% szansę przeżycia jest bezpieczniejsza od tej, która w 10% przypadków powoduje śmierć pacjenta.

Właściwie, to wszystko da się podsumować jednym zdaniem. Bóg jest, bo inaczej ludzkie zycie nie miałoby sensu. Powinno być: bóg jest (w moim umyśle), bo nie potrafię/nie chcę zaakceptować świata, w którym go nie ma.

Nasze umysły wyewoluowały w taki sposób, że są podatne na religię, chętnie szukają bóstw i zewnętrznych wyjaśnień. To jedna strona medalu.
Druga jest taka, że podatność na religię i religia mogą dawać ewolucyjną korzyść, ale o tym osobno.

21:33, panpaniscus , Ewolucja
Link Komentarze (3) »
Dlaczego szympansy wciąż są małpami, a nie ludźmi
...tak brzmiało (w zamyśle retoryczne) pytanie, którym ksiądz katecheta starał się nam udowodnić, że teoria ewolucji to bzdura.
Dziś padło kilkakrotnie w dyskusji wywołanej artykułem o narzędziach używanych przez szympansy.

Odpowiedź jest prosta: dlatego, że te kilka (5-6) milionów lat temu byliśmy jednym gatunkiem, ani szympansem, ani człowiekiem. Szympansy są tak samo różne od tego przodka, jak my. Nam się nagromadziło w DNA mnóstwo różnic od tamtego czasu, im też, mniej więcej tyle samo, tyle że gdzie indziej. My umiemy bardzo abstrakcyjnie myśleć, one - w odróżnieniu od nas - są zdolne przetrwać w dżungli bez wynalazków kulturowych. W gruncie rzeczy różni nas nie 5-6 milionów lat, a dwakroć tyle, czyli 10-12, bo trzeba liczyć drogę, którą one przebyły i którą przebyliśmy my.

Druga odpowiedź: należę do dość dużej grupy biologów, która sądzi, że z punku widzenia zasad taksonomii, człowiek JEST małpą. Więc z takiego technicznego punktu widzenia, dalej jesteśmy małpami.
Ale taksonomia to taka filatelistyka, tj. dużo kłótni o nazwy i definicje, często wynikających z ludzkiej potrzeby opisywania za pomocą zmiennej dyskretnej (tj nazwy gatunkowej) rzeczywistości, która przypomina funkcję ciągłą.

To pytanie ma jeszcze jeden podtekst. My, ludzie jestesmy tacy doskonali, tacy inteligentni, a małpy to tylko małpy. No i gdyby ewolucja była, to byłyby też inteligentne węże, inteligentne ryby itd., a wszystko to takie głupie.

Jak każdy rozsądny człowiek wie, to nie inteligencja zapewnia sukces ewolucyjny. Takich bakterii jest o wiele więcej niż nas, a proszę, jakie głupie. Myszy czy karaluchy nie mają kultury, IQ nienajwyższe, a świetnie sobie radzą.

Inteligencja to akurat ta cecha, która pozwoliła/pomogła przetrwać nam, ludziom, jako gatunkowi. Ale niekoniecznie pomogłaby innym gatunkom; ewolucja polega na przypadkowych zmianach w "zastanym materiale"; genom gazeli bardziej pomagała w przetrwaniu jej umiejętność szybkiego biegania, niż kombinowania. Inteligencja jest ważna dla nas, ludzi. Ale jeśli patrzeć na ewolucję z punktu widzenia innego gatunku, np słonia - tak samo można by się dziwić, że tylko my, słonie mamy trąby, a żaden inny gatunek nie osiągnął tej ewolucyjnej doskonałości. Są próby i imitacje (mrówkojad czy tapir), ale nikt inny nie ma równie doskonałego narządu, którym można i podnieść belkę, i zrobić sobie prysznic, i pogłaskać czule partnera, i zatrąbić.

Tylko, żeby wyciągnąć te proste wnioski, trzeba choć na chwilę odłożyć założenie, że człowiek to korona stworzenia i pan świata. Owszem, człowiek to cud nad cudy, ale porównywalny z cudem Deinococcus radiodurans (bakteria, która poleciała na księzyc i z powrotem przyczepiona do zewnętrznej powłoki statku) czy pantery śnieżnej.
20:36, panpaniscus , Ewolucja
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 08 lutego 2007
Czy jest sens pisać
Od dłuższego czasu zetknięcie z polską rzeczywistością - w tej bardzo ograniczonej formie, jaką jest czytanie GW w internecie - jest bardzo bolesne. To, co czytam, budzi zdumienie, wstręt i obrzydzenie. Nagle tak proste do zrozumienia stały się rzeczy kiedyś przekraczające pojęcie: jak Niemcy dały się opętać nazizmem, jak funkcjonował komunizm. Jak obudzić w ludziach niebywałe pokłady konformizmu, jak siać nienawiść. Pierwszy raz coś takiego dzieje się na moich oczach, PRL był rzeczywistością zastaną.
Robi mi się fizycznie niedobrze, kiedy czytam na jakimś blogu podobno prywatnie Kaczyński (nie pamiętam który) jest nastawiony przyjaźnie do homoseksualistów. Tym gorzej, jeżeli w imię walki politycznej ktoś decyduje się na podżeganie do nienawiści i nietolerancji. Szczerze mówiąc moralnie wolę wariata niż wyrachowanego.
Im dłużej jesteśmy poza Polską, tym ciężej przychodzi myśl o powrocie do kraju. Nie widzę tam dla siebie miejsca. I nie chodzi mi o to, że trudno mi tam znaleźć pracę czy żyć wygodnie. Chcę życ w miejscu, gdzie moje swobody obywatelskie nie bedą zredukowane, gdyż nie wyznaję tej samej religii co wiekszośc obywateli. Gdzie ludzie mnie bedą szanować, gdzie rozsądek i wiedza bedą w cenie, gdzie tolerancja i róznorodność to uznawane wartości, gdzie równość kobiety i mężczyzny, szacunek dla dzieci to aksjomaty. I tak dalej.
Wiem, że znowu narzekam. Ale to okropnie boli. Nie nadaję się do emigracji. A nie widzę dla siebie teraz innej drogi.
czwartek, 01 lutego 2007
Wiara w sens
Zaczyna mi jej brakować. W sens tego, co robię. Nie mówię o projekcie w pracy, który mi się średnio podoba - ale teraz już wiem, żeby nie wiem co, nie należy zaczynać nowej pracy w depresji - lekcja nauczona. Chodzi mi o to, co robimy z K. wiedzeni naszym wewnętrznym poczuciem misji i chęcią zbawiania świata.
Problem prawdopodobnie bierze się stąd, że choć niby to moja własna decyzja, jak spędzam czas wolny, to jednak oczekuję jakiegoś wsparcia i pomocy w tym, czego zdalnie załatwić nie sposób.
Jakiegoś dopieszczenia za to, że zabieram się za robotę, na którą nikt przez dwa lata czasu nie znalazł, a która powinna być na liście priorytetów.
To tylko moje takie fanaberie przecież.
Albo raczej, nikt nie lubi, jesli robi się coś, co mu przypomina jego własne błędy.
Albo nie lubi czuć się gorszy (a jesli ma się bez sensu budowaną samoocenę, to o to nietrudno).
Co tam. Będę dzielna. bawi mnie zbawianie świata, i to jak! Choć to żmudne jak diabli (z szacunków na podstawową robotę wyszło mi 250 godzin).
En avant la musique, jak mówił tytuł mojej książki do francuskiego.

Dopisek: w dupe jeża, gwiżdżę na to. Tzn. robię swoje, zbawiciele na start!
15:07, panpaniscus
Link Komentarze (2) »