o tym, jak idę
niedziela, 15 stycznia 2012
Oddzielić dzieło od autora

udało mi się w przypadku Miłosza zupełnie niedawno. Unikałam go, uciekałam przed nim - mimo że kilka wierszy poruszyło mnie najbardziej na świecie, z kilku jego wypowiedzi przypadkiem przeczytanych wynikało, że światopogląd ciekawy i i bliski.

Bo - bo bufon i zarozumialec, jak mówiła mama, która słyszała to od dziadka, który z nim studiował. Bo wyczytałam/wpisałam to bufoństwo i zarozumialstwo w parę innych wywiadów. Bo jeszcze jest te parę irytująco płaskich innych wierszy. Bo inny bufon się nim zachwycał.

A teraz jak miło. Zanurzyć się w prozie i poezji, w bliskiej mi wrażliwości. Furda tam bufon czy nie bufon. Bez bufoństwa trudno się sprzedać. Wpisane.

Przeczytałam też biografię Kapuścińskiego (tę kontrowersyjną, Domosławskiego). Właściwie nie wiem, czemu kontrowersyjna - bo mało lukru? Bo czlowiek z krwi i kości?

Kapuściński mnie drażni, gdy go czytam "Kapuścińskim" - czyli z założeniem, że to absolutnie-prawda-i-nie-fikcja. Czasem jeszcze drażni miałkością, jak w większości "Lapidariów" (były dla mnie momentami żenujące) czy w "Imperium".  Czytany "Domosławskim" - czyli dostrzec "optykę Kapuścińskiego", subiektywizm i przeżycie - jest niezwykły.

Ale bo ja też ostatnio fikcji niemal nie czytam. Szkoda mi czasu. Wydaje mi się rozrzutne tracić go na poznawanie fikcyjnego świata stworzonego przez jedną osobę, w którym bohaterzy żyją i reagują wedle tej osoby widzimisię. 

20:51, panpaniscus
Link Dodaj komentarz »
sobota, 12 lutego 2011
Ktoś powiedział to głośno

Czyli linki do dwóch artykułów. Jeden to refleksja "upadłej naukowczyni";) - czyli jak działając w systemie wpaść w kilka jego pułapek. Ku rozważeniu, bo wiele spostrzeżeń podobnych do moich, m. in. o wymaganiach osobowościowych do bycia dobrym naukowcem. W tym systemie nauki, który jest (mówię o modelu anglosaskim, o science) niezbędny jest dobry spin plus niezachwiana wiara we wlasną genialność/ważność. Jedyna sytuacja, gdy tej wiary nie trzeba - to gdy się jest rzeczywiście genialnym.  To rzeczywiście bardzo ciekawy i ważny głos.

Drugi - artykuł z PNAS (tu można za darmo przeczytać cały, nie tylko abstrakt) o przyczynach nieproporcjonalnie niskiego udziału kobiet w science. Do dyskusji. To nie jest nowa kwestia; problem z mierzeniem dyskryminacji polega na tym, że - trudno się ją mierzy. Pamiętam (ale nie wiem skąd - jakie to badania były?), że np. jedną z przyczyn/efektów dyskryminacji było nieproporcjonalnie częste przydzielanie kobietom projektów o małych szansach powodzenia.

 

21:01, panpaniscus
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 06 lutego 2011
Mamo, czy ja byłam pod wodą?

Spytało niedawno moje starsze dziecko (młodsze na razie jeśli pyta, to raczej tak: Ba baa?).  "Bo Adrian i Thalis byli, a Leonie nie wie, czy była".

Nie, córeczko, nie byłaś ochrzczona.

Ale ja bym chciała, bo wtedy należy się do Jezusa. I Adrian był.

My z tatą uważamy, że każdy może się ochrzcić, jak jest już dorosły. I jak będziesz duża, to sama podejmiesz decyzję. A należeć lepiej do samego siebie. Mnie i tatę ochrzcili, ja byliśmy małymi dziećmi, bez pytania o zdanie, i wcale nie jesteśmy z tego zadowoleni.

Na razie starczyło. Sami posłaliśmy dziecko do ewangelickiego przedszkola (nie, żeby była inna sensowna opcja dostępna). Na końcu języka miałam "jak się teraz ochrzcisz, to ci się wszystkie grzechy będą liczyły, a jak się ochrzcisz później, to je zmyjesz" - wspomnienie dziecięcego poczucia neisprawiedliwości, że jak to, można całe życie być wstrętnym niewierzącym, nawrócić się w ostatniej chwili i wyprzedzić ych, co gorliwie wierzyli całe życie. Na szczęście zreflektowałam się, że dla 5latki to prawdopodobnie zbyt zawiłe problemy teologiczne.

W czwartek ma mówić na nabożeństwie dla dzieci "Bóg kocha wszystkie dzieci" po polsku. W sumie na razie traktujemy to na zasadzie Mikołaja.

20:31, panpaniscus
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 30 stycznia 2011
Trudna/łatwa decyzja

Pora podejmować wreszcię TĘ decyzję. Co dalej. Gdzie dalej. Na razie jesteśmy na etapie stu wszechświatow równoległych. Zdajemy sobie sprawę, że jeśli teraz (w ciągu 2-3 lat powiedzmy) nie wrócimy, to pewnie wróćimy - dopiero na emeryturze być może. Albo w ogóle.

Rozważamy rozmaite scenariusze. Mnie kusi powrót czasem - bo rodzina, przyjaciele itd. Orka na ugorze nęci. Ale brudne szczegóły o warunkach, w jakich się ona odbywa - czasami przerażają. Nie tylko tym, że robi się fizycznie wprost niedobrze na myśl o nich.  Bardziej jeszcze tym - że te warunki to norma. Że moje dzieci miałyby w takich warunkach rosnąć.

Oczywiście, że jestem przewrażlwiona. Taki mój neurotyczny los.

Uważam, że nie należy mieć kompleksów, ze względu na kraj pochodzenia. Tak samo jak bez sensu jest poczucie winy, jeśli się pochodzi z patologicznej rodziny. To nie moja wina i żaden mój udział w tym, że się tak urodziłam. Raczej powód do dumy, że mimo tego jestem tu, gdzie jestem.

Nie ma kraju idealnego i to problem wszystkich emigrantów. Wszędzie jest coś nie tak.

Ale co jest nie tak - mogę wybierać.

Ja wiem, w Polsce jest mnóstwo fantastycznych osób. Znam ich przecież niemało. I okropnie mi szkoda, bo zasługują na lepsze miejsce do życia. Lepszą Polskę. I jakbyśmy wrócili, to też moglibyśmy się przyczyniać itd. Kosztem, bo bez kosztów nie ma. A za kilka lat, w ramach zachowywania zdrowia psychicznego, być może zapomnielibyśmy, jak wygląda taka rodzina mniej patologiczna.

Rodzą się myśli o powrocie. A potem słyszę od kogoś z samje góry - że nie wystarczy mieć swoich pieniędzy, pomysłu i grupy - bo uczelnia/instytut w Polsce nie przyjmą, bo to jest jak strzelanie sobie w stopę. Pamiętając jak system działa, to rzeczywiście strzelanie sobie w stopę - po co na uczelni naukowcy którzy coś robią, zamiast miernych, ale wiernych.

Plus habilitacja, która w naukach przyrodniczych jest strasznośmiesznym dziwolągiem.

Nie wiem. Nie wiem. Ideały z lewej dolnej ćwiartki versus trzeźwa ocena rzeczywistości? Czy takie tam gadanie emigranta. Przecież się zmienia. W dobrą stronę.

Ale, choć wszyscy mówią, gdy pytamy - fantastycznie by było, gdybyście wrócili  - to nikt nie widzi dla nas miejsca, które moglibyśmy wykorzystać.

 

 

 

18:03, panpaniscus
Link Komentarze (3) »
piątek, 28 stycznia 2011
Ludzie z lewej dolnej ćwiartki

Żyję od kilku lat  wśród ludzi " z końca rozkładu", bardzo odbiegających od przeciętnej. Pod wieloma względami. Ale mam ich na codzień i bardzo łatwo zapomnieć, że są wyjątkowi, absolutnie niereprezentatywna próba. W dodatku z różnych stron świata, więc różne akcenty, odcienie skóry, zwyczaje itd. Wydają się o wiele bardziej różnorodni, niż są. Bo gdy zaczynamy dyskutować o życiu, o świecie, to wszyscy jesteśmy z lewej dolnej ćwiartki. Lewej dolnej ćwiartki według Political Compass. Spośród kilkudziesięciu osób z naszej poprzedniej pracy tylko dwie lokowały się poza lewą dolną ćwiartką.

Lewa ćwiartka sprzyja idealizmowi, czy idealizm powoduje lądowanie w lewej dolnej ćwiartce? Jak to się ma do uprawiania nauki "podstawowej"?

Czy to różowe okulary, czy rzeczywistość nas zje?

23:17, panpaniscus
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 01 listopada 2010
Nowe

Pierwszy listopada. W protestanckim kraju, więc nieświątecznie - w pracy. Dla mnie pierwszy dzień w pracy. Dla Mai pierwszy dzień u Tagesmutter - dziennej mamy. Na razie na pół gwizdka, bo oswajamy.

Więc. Zadzwonił budzik. O ósmej piętnaście udało nam się wszystkim wyjść z domu. Ulę podwieźć pod przedszkole (to całkowicie po mojej drodze), tam czekał na nią Jarek - a ja z Mają do Tagesmutter. Zostałam dziś z młodą aż się obudzila z drzemki, dwie godziny prawie. Potem do pracy - dwie godziny tamże. Z powrotem po Maję. Z Mają do domu, nakarmić (dalej ssie tylko na leżąco, zresztą była bardzo zmęczona), zabrać Uli rzeczy na gimnastykę. Po Ulę do przedszkola - na szczęście Maja się w domu te ponad pół godziny przespała. Z obydwoma do ratusza załatwić sprawę. Tam kolejka, więc z powrotem do samochodu biegiem (w locie kupiłyśmy czapkę zastępczą, bo Ulowa gdzieś wyparowała w weekend) i na gimnastykę. Na gimnastyce Maja była bardzo dzielna - choć ogromnie zmęczona i pewnie głodna, nie płakała, tylko się wszystkim przyglądała. Po gimnastyce szybko do domu, żeby ją nakarmić.

Towarzystwo padło w ciągu 5 minut od przyjścia do domu. Ja jestem zbyt zmęczona, żeby zasnąć, no i jeszcze tyle do zrobienia przede mną.

17:07, panpaniscus
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 21 października 2010
Jak się pozbyć frustracji (niestety działa tylko chwilowo)

Potrzebne jest:

około półtora kilograma jabłek. Najlepiej drobnych i twardych.

Twarda, jak najtwardsza podłoga łatwo zmywalna (proponuję kuchenną terakotę).

Wiadro z mopem i wodą z dodatkiem środka do mycia podłóg.

 

Stajemy na środku podłogi. Jeśli któraś ze ścian jest niezmywalna, stajemy tyłem do niej, by ją osłonić. Bierzemy w dłoń jabłko. I sru z całej siły rzucamy w podłogę, żeby się rozprysnęło. Powtarzamy z kolejnym jabłkiem i z kolejnym, wkładając w to całą siebie. Powtarzamy z ewentualnymi dużymi fragmentami jabłek. Kiedy koszyk pusty - zmywamy podłogę.

Na ewentualne zapytania odpowiadamy "bo wolę jabłkami niż czym innym".

 

18:42, panpaniscus
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 19 października 2010
O roku ów

Czy już pisałam, jak niesamowitym przeżyciem był dla mnie 1989 rok? Takiego natężenia nadziei, radości, wolności - nigdy wcześniej ani potem nie było mi dane odczuwać.

I chodzi nie tylko o kupowanie Gazety Wyborczej i croissantów (obie rzeczy to nowość wtedy!) od faceta na dołku, o plakaty na przystanku; w równym stopniu to była wolność od mojej strasznej podstawówki. Uzyskana przedterminowo (do klas matematycznych eksperymentalnych egzaminy były przeprowadzane wcześniej), do szkoły chodziłam pro forma, wreszcie beztrosko i z poczuciem, że nic nie mogą mi zrobić i że mnie nie obchodzą. Nauczyciele i koledzy z klasy.

Wszystko miało być lepiej.

I było.

Może nie tak, jakby mogło być - nie napiszę, niż miało być, bo niczego sobie nie wyobrażałam - ale było. Jeśli przyszło rozczarowanie, to - dlatego, że się było naiwnym. W życiu osobistym, społecznym i zawodowym.

Ale uwielbiam wywoływać od czasu do czasu te przeźrocza w mojej głowie, euforię i radość - i zawsze jest słońce i ciepło i miska sałaty z winegretem, którą zażyczylam sobie po zdaniu egzaminów.

23:02, panpaniscus
Link Dodaj komentarz »
Dlaczego ach dlaczego

Nie istniały blogi, gdy byłam nastolatką. Pisało się do pamiętnika, w izolacji - zimnej i okrutnej a jednocześnie błogo-naiwnej - że ma się takie wyjątkowe, takie niezwykłe, takie skomplikowane.

Z drugiej strony, może i łatwiej żyć bez skręcającej kiszki świadomości wpadek, duchowego megaekshibicjonizmu i zapętlania w autokreacji - które z pewnością by się wydarzyły. A może by się wydarzyły i zamiast udręczać, czegoś by nauczyły?

Wszystko jedno. Żyłam w innych czasach. Nieraz mówię, że się z tego cieszę - urodziłam się na tyle późno, by pamiętać jak się żyło w starym systemie, doświadczyć jego beznadziei, szarości, tego domu złego - na tyle późno, by jako młoda nastolatka durno żałować, że mnie ominęły prawdziwie bohaterskie czyny (wiążące się jeśli nie z relegowaniem ze szkoły, to z "marnowaniem sobie życiorysu" w inny sposób), na tyle późno, by przyjąć ten nowy język jeszcze jako swój, bez silnego akcentu PRL. Chociaż? Może się oszukuję?

Dziś czytałam 50. numer Karty. W nim między innymi projekt Macieja Drygasa, fragmenty wspomnień i dokumentow powstałych 27 września 1963. Data wybrana w sposób dość losowy. Siermiężne powiedzieć - to bardzo eufemistycznie o tych czasach. Prze-ra-ża-ją-ce. jak większość tego, co czytam w Karcie. I cholernie optymistyczne - bo ludzie to przeżyli, bo wyszli - niektórzy - z podniesionym czołem. I znów: czy potrafiłabym to zrozumieć, tak empatycznie odczuć, bez doświadczenia komunistycznej dławiącej podstawówki.

Poza tym: będziemy aplikować o pracę jeszcze inną. Nie chodzi o to, czy się uda - raczej nie i nawet nie wiem, czy chcę, by się udało, działka dość odległa i kwalifikacje w związku z tym niewielkie - raczej chodzi o zmianę nastawienia.

Pracownik najemny. Żadne tam mistyczne uniesienia, odkrywanie nieznanego, przesuwanie granic. Rzemieślnik wędrowny, przenoszący się z budowy na budowę. Z drugiej strony budowniczowie gotyckich katedr też tak żyli. ty;lko co oni kuźwa z tego życia mieli co mieli.

22:49, panpaniscus
Link Komentarze (2) »
środa, 13 października 2010
Wypalenie

Cukrzycowe. Mam nadzieję pokonać. Nowym gadżetem również. Trawa kiełkuje na ruinach.

Wypalenie to naturalna reakcja na zajmowanie się osobą przewlekle chorą. Nawet, jeśli samemu jest się tą osobą. Głębsze lub mniej poważne - ale spotyka chyba wszystkich. Pierwszy raz mocno mnie dopadło po pierwszej ciąży. Ciąża - to bardzo restrykcyjne zarządzanie cukrzycą. Mierzenie po naście razy na dobę, po dwa-trzy razy w nocy. Potem nieprzespane noce z powodów bardziej naturalnych - malutkiej Uli. Poczucie, że ma się serdeznie dosyć i nie chce się mieć nic wspólnego z cukrzycą, bez względu na koszty.

Druga ciąża - nie byłam aż tak pilna, choć chciałam. Nie dawałam rady psychicznie i fizycznie.

Teraz dojrzewam, żeby znów poczytać co się dzieje naukowo (niestety niewiele - K. zwierzył się, że uwierzył w rzucone przy diagnozie "za 10 lat powinno być rozwiązanie", ja jakoś taka naiwna nie byłam), a przede wsyztskim, żeby zmienić coś na lepsze.

Zatem.

Cel docelowy: czuć się lepiej ze swoją cukrzycą.

Chciałabym obniżyć Hba1c. Długofalowo do 6.

Jak to zrobić?

Wyznaczyć porządną bazę i zweryfikować współczynniki (na węglowodany i na korektę).

Zwiększyć insulinowrażliwość - wysiłek fizyczny i ograniczyć węglowodany w diecie. Zmniejszyć ilość posiłków dziennie, a raczej ograniczyć podjadanie do rzeczy niewęglowodanowych (minusy siedzenia w domu - się je!).

Porządnie się mierzyć, bo między karmieniem, odebraniem z przedszkola, przewinięciem z kolejnej kupy jakoś łatwo to umyka.

 

Tagi: cukrzyca
20:15, panpaniscus
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 36