o tym, jak idę
wtorek, 18 marca 2014
Czego moje oczy nie widzą, tego po prostu nie ma

Wpis bierze udział w zabawie blogowej Finka z kominka

Może to i  zrządzenie losu, że dziś rano nie znalazłam mojego roweru w miejscu, gdzie go zostawiłam przy stacji kolejowej w środę. Może dzięki temu nikt mnie nie przejedzie.

Z drugiej strony, serdecznie życzę złodziejowi, żeby te hamulce, co ostatnio kiepsko działały, jemu  w krytycznym momencie nie zadziałały. Choć po stanie roweru sądząc, to raczej kradzież na złom, albo na części (ale nie wiem, która by się do czegoś nadawała, nie przypadkiem wolałam przy nim nie dłubać - trzymało się toto na zaschnięty smar i prawdopodobnie nie dałoby się złożyć z powrotem w jeżdżacą całość).

Dziś już na 100% okazało się, że moje ostatnie kilkudniowe załamanie i złe samopoczucie psychiczne to infekcja wirusowa. Koniecznie chciałam pojechać do pracy, bo zapowiadany dobry wykład świetnego naukowca. No to mam za swoje, wracam wstrząsana dreszczami, ale przynajmniej ze świadomością, że to nie jest stan na rozkminianie wszechświata i z prawem do nierobienia tego.

Jak rozwikłać somę i psyche. Z jednej strony zdarzyło mi się w chwilach ogromnego wzburzenia mieć wysoką gorączkę (samoistnie ustępującą wraz z wzburzeniem), cierpię na fizyczne nudności przy słuchaniu czy czytaniu (nie nie, nie robię tego świadomie od dawna!) o okrucieństwach. Z drugiej strony bardzo złe samopoczucie przed diagnozą cukrzycy uznałam za tęsknotę za domem i Europą, no i nawet jeszcze wczoraj byłam przekonana, że to wszystko moja wina, że nic tylko się powiesić taki jest ten świat.

Świat się od wczoraj nie zmienił, dalej uważam, że jest tak daleki od sensu, sprawiedliwości i jakie tam inne ułudy wychowałam sobie, że lepiej nie wnikać. Wczoraj ta wiedza nawet bez wnikania była wyjątkowo okrutna, dziś gorączka, dreszcze, zawroty głowy i bóle mięśni sprawiają, że odkładam nawet nie wnikanie na kiedyśtam. Usprawiedliwiona.

Skąd we mnie ten chory syndrom "Lutek cały świat na mojej głowie", skąd tak silne pragnienie niemożliwego i brak zgody na świat zastany. Mimo świadomości, że jeśli w ogóle, to możemy stwarzać tylko małe enklawy względnego ładu i dobra. I trzeba ich bronić pazurami, a i tak przeminą.

Dziś kołysze mnie niezbity ibuprofenem ból głowy - chcę widzieć tylko to, co chcę widzieć, a czego nie widzę, to nie ma. Jakoś będzie. Będzie.

09:32, panpaniscus
Link Komentarze (1) »
piątek, 28 lutego 2014
Znad krawędzi

Wczoraj ktoś usiłował mnie zabić. W typowy londyński sposób - samochód jadący przed/obok rowerzysty nie sygnalizuje skrętu w lewo, nagle ostro skręca wciągając pod siebie rowerzystkę.

W poodbny sposób zginęła większość z czternastu rowerzystów zabitych przez kierowców w zeszłym roku w Londynie (w tym sześć osób w ciągu 2 tygodni w listopadzie). Mi się nic nie stało - to była nieduża furgonetka, a nie wielka ciężarówka. Jechała niezbyt szybko, a krawężnik po mojej lewej stronie obniżył się na tyle, że dałam radę podeprzeć się nogą i nawet się do końca nie przewróciłam.Tym niemniej adrenalina zadziała. Byłam w takim szoku (a poza tym spóźniona nieco do pracy), że zamiast zrobić zdjęcie, pojechałam dalej.

To nie jest kraj dla rowerzystów. Dowiedzieliśmy się o tym dość szybko - pierwszego miesiąca po przeprowadzce ktoś przejechał K. po przednim kole na rondzie wymuszając pierwszeństwo. Koło do wymiany, strata czasu, na szczęście nic się K. nie stało. Był świadek, zapisane numery,  sprawa zgłoszona na policję. Została umorzona, bo... właściciel samochodu twierdzi, że go tam w tym czasie nie było. A poza tym na planie sytuacyjnym wypadku K. napisał niewłaściwą nazwę ulicy - to długa ulica, niedaleko ronda zmienia nazwę, a w tamtym czasie nie byliśmy tego świadomi. To na kiepskie pocieszenie dla tych, co myślą, że tylko w Polsce policja poprawia sobie statystyki nie przyjmując spraw do wiadomości.

 U nas w R. jeździ się podobnie, jak naście lat temu w Warszawie. W centrum Londynu - gdzie w godzinach szczytu piesi nie mieszczą się na chodnikach, pasażerowie na stacji metra, a rowerzyści na ulicy - panuje wolna amerykanka. Widziałam furgonetkę z rozmysłem wbijającą rowerzyście błotnik w koło (śmiał się zatrzymać przed nią na poprzednich światłach), regularnie widuję wypakowane wywrotki przejeżdżające już na czerwonym świetle. Po sprawiedliwości, w porannym szczycie piesi traktują czerwone światło jako nieśmiałą sugestię raczej, a rowerzyści interpretują skrzyżowania po swojemu (na zmianę korzystając z przejść dla pieszych i jezdni). 

22:10, panpaniscus
Link Komentarze (2) »
czwartek, 27 lutego 2014
O kupie ratującej życie - nie czytać przy jedzeniu

Mamy w sobie więcej komórek bakterii, niż własnych. Dopiero ostatnio zaczęliśmy odkrywać skomplikowane związki między nami a nimi. Wielu z tych bakterii nie umiemy hodować (poza własnym jelitem). Dlatego dopiero dzięki rewolucji sekwencjonowania nowej generacji mamy szansę zbadać, jakie gatunki i w jakich proporcjach nas zasiedlają.

W związku z tym ostatnie parę lat to wysyp publikacji o mikroflorze ludzkiej - jej związkach z chorobami jelit (jak np. Crohn-Leśniowski), otyłością, nowotworami...

Rodzimy się sterylni, pierwsze bakterie nabywamy podczas porodu, a potem w ciągu mniej więcej roku podczas wielu kolejnych kolonizacji wytwarzamy stałą florę bakteryjną - na skórze, w ustach, w jelitach. O tym, że jest ona ważna wie każdy, kto cierpiał na zaburzenia jelitowe po leczeniu antybiotykiem. Antybiotyk zakłóca ustalone proporcje między gatunkami, może prowadzić do zasiedlenia przez gatunki niepożadane.

Skrajnym przypadkiem jest zakażenie Clostridium difficile. Zakażenie Clostridium difficile w łagodnej wersji to nawracająca wyczerpująca biegunka, w groźniejszej - zapalenie jelita grożące śmiercią. Ta bakteria nie ma szans zasiedlić jelita ze zdrową florą bakteryjną: przegrywa konkurencję z naszymi stałymi lokatorami. Ale jeśli przetrzebi ich na przykład leczenie antybiotykami - C. difficile ma szansę zająć ich miejsce.

Antybiotykoterapia zakażenia C. difficile jest trudna i często kończy się niepowodzeniem: w końcu każdy antybiotyk powoduje kolejne zmiany w mikroflorze. A gdyby podać chorym zestaw tych "właściwych" bakterii? Około roku temu zaczęły się  pojawiać wyniki randomizowanych prób klinicznych: przeszczep bakterii kałowych dawał w leczeniu zakażeń Clostridium difficile o tyle lepsze wyniki, że badania przerwano i pacjentom z grupy kontrolnej, otrzymującym jedynie antybiotyk, również przeszczepiono bakterie. Sam pomysł ma ponad 50 lat i od tamtych czasów bywał stosowany, z dużym powodzeniem - choć raczej rzadko i jako ostatnio deska ratunku.

Przeszczep kału kojarzy się obrzydliwie (w koncu wyewoluowaliśmy, by brzydzić się kupy), ale  - z punktu widzenia pacjenta - nie jest to specjalnie obrzydliwa procedura. Zawiesinę bakterii podaje się rurką do jelita, ew. stosuje w lewatywie czy wprowadza podczas kolonoskopii.

 Wydaje się, że przeszczep mógłby pomóc również w wielu innych chorobach, których przyczyną jest drastyczna zmiana flory jelitowej.
W ostatnim wydaniu Nature lekarz i biolodzy zajmujący się przeszczepami podnoszą problem regulacji przeszczepów kału. W USA proponują uznanie ich za przeszczepy, zamiast objęcia regulacjami dotyczącymi leków. Wydaje mi się to bardzo sensowne - kał, podobnie jak krew i narządy do przeszczepow, nie jest produkowany w kontrolowany sposób i nie da się wystandaryzować. Nieprzebadany -  niesie podobne zagrożenia: zarażenie szkodliwymi mikroorganizmami. Natomiast nadmierna regulacja i narzucanie norm stworzonych dla farmaceutyków komplikują jego użycie i ograniczają dostępność. Autorzy opisują też założony przez siebie "bank stolca". Dzięki gromadzeniu kału od tych samych, dokładnie przebadanych dawców, umożliwia znaczne obniżenie kosztów terapii. 

12:05, panpaniscus
Link Komentarze (3) »
piątek, 21 lutego 2014
Rynek, ekonomia - uwaga

W mojej rozrywkowej opinii o książce o ekonomii nie wspomniałam, że nie wierzę w doskonałość rynku i regulację tylko przez rynek.

Obawiam się, że jeśli nazbyt uwierzymy w niewidzialną rękę rynku, to ona może pokazać nam środkowy palec (nie wiem czyj ten celny tekst, trafił do mnie via Orliński). 

Dlaczego nie wierzę w rynek jako idealne rozwiązanie? Bo czysty rynek to jak ewolucja, a na tym to akurat się znam. 

W ewolucji mówi się o tzw. maksimach lokalnych przystosowania. Można to sobie wyobrazić tak: dla organizmu w danych warunkach, w danym otoczeniu i wśród danej konkurencji, istnieje pewien optymalny zestaw cech. Idealny, taki że nie da się lepiej.

  Wszystkie możliwe stany organizmu można sobie wyobrazić jako pofalowaną powierzchnię, im wyżej na tej powierzchni - tym lepsze przystosowanie. Gdzieś na tej powierzchni jest góra, jej szczyt - to właśnie optymalne przystosowanie. Każdy krok pod górę to jakaś zmiana, lepiej dostosowująca organizm.

  Wyobraźmy sobie Bardzo Prosty Organizm z jednym genem. Jeśli gen nabędzie mutację, która polepszy funkcjonowanie organizmu - to właśnie krok pod górę. 

Szkopuł polega na tym, że powierzchnia przystosowań to nie jest gładka płaszczyzna ze stożkiem po środku, a raczej teren pełen małych pagórków i dolin - jeśli znajdzie się na szczycie małego pagórka, to żeby dostać się na główny szczyt trzeba będzie zejść w dolinę. Stać się mniej przystosowanym - ale to właśnie w ewolucji się nie zdarza, bo ci mniej przystosowani przegrywają.

  Wyobraźmy sobie, że jesteśmy na małym pagórku - gen działa dobrze, lepiej niż na płaskiej powierzchni poniżej (dlatego się na ten pagórek wspięłyśmy). Zmiany w genie pojawiają się rzadko i losowo, więc niemal zawsze po jednej na raz,  a szansa wystąpienia 3 zmian na raz jest bardzo, bardzo  niska.   Od genu, który zapewnia miejsce na szczycie góry, gen na pagórku różni się trzema zmianami. Jeśliby wprowadzić by do niego te 3 zmiany, będzie działał świetnie (szczyt  głównej góry). Ale każda z tych zmian osobno jest szkodliwa. Osobniki z pośrednimi wersjami genu przegrywają sromotnie. Nie ma jak przekroczyć doliny.  W rezultacie organizm będzie miał gen w wersji dobrej, ale nie świetnej.

W krajobrazie dostosowań pozostanie na pagórku, zamiast wspiąć się na szczyt gory - dolina między nimi jest za głęboka.  Podobnie jest z rynkiem. Rynek, jak dobór naturalny, może optymalizować firmy, usługi, produkty, wreszcie swoją skuteczność. Ale tak samo jak dobór, jest podatny na maksima lokalne. Koszty przeskoczenia z maksimum lokalnego do wyżej położonego punktu mogą być nie do pokonania. Jak przejście na ruch prawostronny w UK - przydałoby się, ale przy kosztach takiej zmiany wydaje się, że nie nastąpi.

   Inny powód, by nie zostawiać wszystkiego rynkowi: ewolucja nie ma kierunku - toczy się w stronę chwilowo najwyższej korzyści. Bez zważania na długodystansowe koszty. My umiemy często przewidywać konsekwencje naszych czynów i warto by to wykorzystywać...

    A przede wszystkim - ewolucja ma dużo więcej czasu w zanadrzu niż ludzkość. Ludzie potrzebują zmian tu i teraz, a nie za tysiąc lat. Może doskonała ręka rynku  doprowadziłaby do powstania wystarczająco dobrych i tanich przedszkoli - wszak jest zapotrzebowanie, pracodawcy zyskają na pracy kobiet itd. Ale ja potrzebuję przedszkola dla mojej córki, a nie praprawnuczki. Chcę takiego sterowania rynkiem, by te przedszkola powstały i trwały.

  W ewolucji problem wydostania się z maksimum lokalnego rozwiązuje labilność krajobrazu - warunki życia organizmu, które nim rządzą, się zmieniają. Na przykład zmienia się klimat, dostępność pożywienia, pojawia się nowy groźny wirus, znika wróg-drapieżnik. Zestaw optymalnych cech organizmu się zmienia. Powierzchnia zaczyna się wybrzuszać tam, gdzie była wklęsła, pagórki się obniżają.  Podobnie może być i w ekonomii - ale znów, to trwa.

 Rynek powinien się świetnie sprawdzać w ekonomicznym odpowiedniku mikroewolucji. Małych zmian, optymalizujących dostosowanie do niewielkich zmian w otoczeniu. Do zmian fundamentalnych - takich jak w makroewolucji - jest zbyt powolny.  Poza tym są dziedziny, w których - jeśli wierzymy choć trochę w równość społeczną - czysty rynek nie ma prawa funkcjonować, jak zdrowie czy szkolnictwo.  

22:07, panpaniscus
Link Komentarze (3) »
czwartek, 20 lutego 2014
Trzymaj się Ukraino

Bezsilność. Anya, która jest stamtąd. Pasza, też tutaj - a jego ojciec, starszy pan, chodził na demonstracje u siebie w mieście.  Tam są ich przyjaciele. Jego brat.

Moje poczucie bezsilności - a przecież tak niewiele, by je wywołać, jacyś przygodnie poznani tam ludzie, jakieś krajobrazy i miasta, jakieś ogólne poczucie przyzwoitości, ogólne poczucie sprawiedliwości - a ich ból.

Jakie szczęście, że nie po nas ten walec historii. Jakie nieszczęście, że po nich. 

23:02, panpaniscus
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 85